Czas reptilian – „House of Cards” sezon piąty

15 czerwca 2017

Na pewno nie można o nowej odsłonie House of Cards powiedzieć, że nie trzyma poziomu. Poziomu ciężko wypracowanego w zeszłym roku po wcześniejszym kiepskim trzecim sezonie. W najnowszych odcinkach dzieje się chyba najwięcej od dwóch lat, fabuła ani na chwilę nie zwalnia, ale dynamicznie posyła kolejne pociski dowodzące, że Frank Underwood bezwzględnym człowiekiem jest i zasługuje na miano najlepszego antybohatera telewizji. Tylko skoro jest tak dobrze, to dlaczego czuję, że mam tego serialu już dosyć?

[tak, są spoilery]

Ale od początku. Ten sezon łatwo da się podzielić na dwie części – na historię o desperackim odgryzaniu kęsków władzy do momentu wyborów, a później o kurczowym trzymaniu się jej przez pozostałe odcinki. Powolna droga do ostatecznego wyniku wyścigu o prezydenturę testowała moją cierpliwość – kiedy już myślałam, że zaraz dowiem się kto wygrał, twórcy dorzucali kolejny odcinek dla potrzymania napięcia i w końcu musiałam wytrzymać chyba całe cztery, zanim raczyli rozwiązać ten wątek.

house of cards sezon piąty

Oczywistym było, że Conway nigdy nie zostanie prezydentem, ponieważ odebranie władzy Underwoodom wykracza poza zestaw dopuszczalnych niedogodności jakie mogą tym bohaterom stanąć na drodze. Bo Underwoodowie w tym sezonie znów zdają się nie mierzyć z prawdziwymi wyzwaniami – scenariusz nadaje ich problemom kaliber bzyczącego komara, głupiego pyłku na rękawie, który można z gracją strzepnąć i wrócić do przejmowania władzy nad światem. Dlatego po cichu liczyłam, że spełni się ta delikatnie zarysowana wizja, w której Ameryką rządzą na spółkę któryś z Underwoodów i przedstawiciel opozycji. Takie rozwiązanie pozwoliłoby nie tylko otworzyć drogę dla zupełnie nowych wątków, ale również wysadzić głównych bohaterów z bezpiecznie okopanych pozycji, na których siedzą sobie spokojnie od ponad dwóch lat. Chociaż z jednej strony rozumiem, dlaczego scenarzyści nie poszli tą drogą, irytuje mnie, że Conway, na którego naprawdę liczyłam od poprzedniego sezonu, został szybko spacyfikowany PTSD z kapelusza, które wypłynęło wtedy, gdy Underwoodom było to najbardziej na rękę. Jego wątek zostaje gwałtownie urwany, a bohatera w ciągu dosłownie dwóch odcinków sprowadzono z pozycji silnego przeciwnika do skamlącego furiata. Już samo to powinno wam sugerować, jaki jest mój największy problem z tym serialem.

House of Cards wciąż nie traci na aktualności jeśli chodzi o odbijanie problemów targających współczesną międzynarodową polityką. Chociaż cykl produkcji serialu uniemożliwia odniesienie się do jej najnowszych zawirowań. Dlatego otrzymujemy jedynie przedsmak epoki post-prawdy w wykonaniu Trumpa w scenach, w których Frank Underwood nawet w wystąpieniach publicznych zrzuca maskę wyrafinowanego, opanowanego manipulanta na rzecz bezczelnego despoty. Jednak wydaje mi się, że aktualność komentarza wynika tu raczej z odpowiedniego timingu i podobieństw pomiędzy Frankiem a Trumpem, a nie z celowej potrzeby skomentowania osoby prawdziwego prezydenta. W pozostałych kwestiach serial trzyma się raczej problemów sprzed kilkunastu miesięcy – wciąż trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o terroryzm i ICO, garściami czerpie z historii Edwarda Snowdena i wpływu technologii cyfrowych na politykę oraz dotyka problemu wojny domowej w Syrii. Aż chciałoby się, żeby przy okazji napomknął też coś o kryzysie uchodźców.

house of cards sezon piąty

Podobało mi się, że najnowszy sezon ostatecznie wysunął Claire do przodu i już nawet oficjalnie, a nie tylko zakulisowo, uczynił ją równą Frankowi. Najwyższy czas. House of Cards  już dawno przestało być produkcją tylko i wyłącznie o Franku Underwoodzie, ale Claire zdecydowanie za długo odgrywała rolę lady Mackbeth pomiędzy pierwszym a drugim planem. Cieszę się, że serial w końcu i jej pozwolił przełamać czwartą ścianę (po długim bawieniu się z widzem, bo było w nim tyle samo scen sugerujących, że Claire mówi do widza, co prawdziwych przemów). Ostatnie odcinki zbliżyły ją do męża zwłaszcza pod względem własnoręcznie popełnianych zbrodni – jeśli wcześniej ktoś liczył na to, że ostatecznie Claire będzie mogła zniszczyć Franka, a sama wykręcić się od jego przestępstw udając niewiedzę, teraz musi przygotować się na to, że ewentualna klęska Underwoodów pociągnie na dno oboje, bo żadne z nich nie będzie mniej winne. Nie da się ukryć, że tandem Claire i Franka to wciąż główny silnik całego serialu. Pozornie grają do jednej bramki, jednak narastające przez cały sezon napięcia między nimi, a później zakończenie udowadniają to, z czego wszyscy zdajemy sobie sprawę już od dłuższego czasu: dla Underwooda godnym przeciwnikiem może być jedynie drugi Underwood.

Intrygują mnie nowi bohaterowie. Zarówno Mark Usher jak i Jane Davis pojawiają się w serialu znikąd i od razu dają się poznać jako twardzi zawodnicy. To aż nieprawdopodobne, że jako doświadczeni gracze na scenie politycznej nie zostali w serialu wspomniani wcześniej. Oboje mają ukryte motywy, kontakty, ogromną wiedzę i jako dodatek do drużyny pary prezydenckiej zdają się być bardzo ryzykowną inwestycją. Tym bardziej, że ani przez chwilę nie udają całkowitej lojalności, ale przez cały czas próbują ugrać coś dla własnej sprawy. Motywacje Ushera są zasugerowane w ślicznej scenie nawiązującej do początku serialu, kiedy to pozbawiony większej pozycji Frank Underwood machał do widza z krańca ekranu na zaprzysiężeniu poprzedniego prezydenta. Z kolei Davis wydaje się być jedyną osobą w tym całym zestawie, która ma jakieś szlachetne ideały. Kij z tym, że do ich realizacji nie boi się iść po trupach. Jej konik to Bliski Wschód i feministyczna potrzeba ulokowania kobiety w Białym Domu. Dodatkowo Davis od pierwszych chwil kreowana jest według mnie na postać balansującą na spektrum jakiegoś social disorder. Te wszystkie jej gesty, chłodne opanowanie, ta niezmącona niczym pewność siebie sprawiają, że unosi się wokół niej aura kalkulującej na zimno socjopatki. Więc wydawałoby się, że to właśnie Usher i Davis, jako pociągający z drugiego planu za sznurki wyjadacze, mają szansę zostać tym przeciwnikami, na których Underwoodowie czekają od początku serialu. Tylko dlaczego mam wrażenie, że już teraz wiem, jak to wszystko się skończy?

house of cards sezon piąty

Bo to jest mój największy problem z tym serialem. Problem, który sugerowałam dwa lata temu, podkreśliłam w zeszłym roku, a teraz nie mogę go dłużej ignorować, bo przestał być jedynie podskórną irytacją, ale rozlał się na całą fabułę i zaczął mnie regularnie wkurwiać. Najgorsze jest to, że twórcy muszą doskonale wiedzieć, jak bardzo jest to wkurwiające i celowo grają w ten sposób na moich emocjach. Tak, wkurwia mnie ten serial i mam go już absolutnie dosyć.

Na początku House of Cards było tą odkrywczą i niepokojącą produkcją o kulisach polityki, których istnienie wydawało się prawdopodobne, ale wciąż oscylowało bliżej odrealnionego thrillera niż dokumentu. Ekscytowała nas myśl, że na szczytach władzy dochodzi do morderstw, machlojek i wbijania noży w plecy, bo wyobrażanie sobie polityków jako perwersyjnych zbrodniarzy, a samej polityki jako bagna zepsucia i cmentarzyska szlachetnych postaw jest po prostu ludzkie i przyjemne. Ale w tym momencie House of Cards przekroczyło już dla mnie granicę political fiction i przepoczwarzyło się w sciencie fiction, robiąc z głównych bohaterów nie ludzi, a reptilian z supermocami.

Po pierwsze – niezniszczalność Underwoodów nie pozwala mi cieszyć się tym serialem, bo odbiera mu ten dreszczyk emocji związany z drżeniem o los postaci. Bo o co ja mam niby drżeć, jeśli doskonale wiem, że nawet jeśli przez kilka odcinków będzie mi się wydawało, że ktoś ma na Franka haka, to chwilę później ten machnie woltą fabularną i mu tego haka wytrąci z ręki, pogrozi, a ostatnio równie prawdopodobne, że zabije? Po drugie – to sprawia, że wszystkie postaci otaczające parę prezydencką w ostatecznym rozrachunku zawsze będą głupsze, mniej rozgarnięte i niegodne do stawania z nimi w szranki. Co jest niekonsekwentnie rozgrywane w scenariuszu, bo przecież to nie tak, że w House of Cards po parlamencie biega banda baranów. Większość wątków zakłada, że pozostałe postaci również potrafią kombinować i pociągać za odpowiednie sznurki, ale w zetknięciu z Underwoodami te umiejętności w magiczny sposób z nich wyparowują. Żadne z nich nie było politycznym Nedem Starkiem i nie zginęło przez własną głupotę i naiwne ideały. To są mądrzy ludzie, ale głupieją, kiedy scenariusz od nich tego wymaga. A już w ogóle cała logika serialu upada, jeśli zauważymy, ile durnych, aroganckich błędów popełniają w tym sezonie Underwoodowie, tylko dlatego, że dla fabuły wygodniej jest nie zauważać, że zachowują się jak amatorzy.

house of cards sezon piąty

Cathy Durant. Na co liczył Frank, spychając ją ze schodów? Oczywiście w serialu uszkodziła się na tyle dotkliwie, że trzeba było ją wypchnąć za kadr, ale przecież równie prawdopodobne było, że nie stanie się jej nic, że złamie tylko nogę albo zacznie się drzeć, że ją mordują. Serial wygodnie pomija tę kwestię, ale co jej właściwie broni po przebudzeniu po prostu pamiętać, że to Frank ją popchnął? Dodatkowo, zamiast po prostu rozsądnie trzymać jak najbliżej tych sługusów, którzy wiedzą o nich najwięcej i mają problemy z lojalnością (LeAnn, Tom), główni bohaterowie po prostu postanawiają ich ubić. To świetny pomysł, żeby zabić kochanka w domu Marka Ushera i kazać mu wszystko posprzątać, Claire. Jestem pewna, że po fakcie wyszorował mózg drucianą szczotką, o wszystkim zapomniał i na pewno w przyszłości nie wykorzysta tego przeciwko tobie. Wypadek LeAnn to kolejny popis wybitnego planowania – jak znam scenarzystów, to nikomu nie wyda się podejrzane to, że w otoczeniu prezydenta w tajemniczych okolicznościach zniknęły dwie osoby. Jedyną osobą, która ma jeszcze szansę błysnąć w tej historii intelektem jest Tom Hammerschmidt. Ale boję się, że i jego ubiją, gdy zorientują się, że nie łyka jak pelikan wszystkich podsyłanych mu tropów.

To najgorsza zmiana, jaka zaszła w całej produkcji – na początku Underwoodowie byli wykalkulowanymi profesjonalistami i mieli w zanadrzu plan na każdą, nawet najgorszą  ewentualność. Tymczasem tutaj wychodzi im zawsze i to nie dlatego, że tak to zaplanowali, ale dzięki temu, że po prostu mieli szczęście i dla scenariusza tak jest wygodniej. Więc dziesiąty raz z rzędu tylko i wyłącznie przypadek zadecydował o tym, że nikt ich nie złapał na gorącym uczynku.

house of cards sezon piąty

Dlatego wkurwia mnie ten serial. Bo trzeci sezon z rzędu nie daje mi obiecanej satysfakcji. Zapowiada ją, wprowadzając nowych, pozornie niebezpiecznych dla Underwoodów bohaterów, ale nigdy nie dostarcza, bo chwilowe poczucie zagrożenia zawsze niwelowane jest w identyczny sposób – Frank wyjmuje rozwiązanie z kapelusza i problem, puff, znika. W taki sposób zniknął problem Comwaya, Yatesa, LeAnn, Douga, Romero, a w końcu pewnie zniknie też i Usher, i Davis. To jak serialowy edging, z którego nigdy nie ma szczytowania.

Dlatego końcowa rewelacja o tym, że Frank od samego początku planował swój impeachment spłynęła po mnie jak po kaczce. Och, no tak, no oczywiście, że przez cały czas byłeś o krok przed swoimi przeciwnikami, w końcu jesteś telepatą i telekinetykiem, a na noc zdejmujesz maskę z ludzką twarzą i kładziesz ją obok lampki nocnej.

House of Cards zaczęło już chyba cierpieć na syndom serialu, który nie wie, kiedy się skończyć. Oryginalny brytyjski Domek z Kart miał tylko trzy sezony, więc może czas się zastanowić, czy podobną drogą nie powinna była iść wersja Netflixa. Bo według mnie teraz serial naprawdę nie ma już innego wyjścia i musi zacząć zmierzać ku końcowi – dałabym mu jeszcze co najwyżej dwa sezony. Ale błagam, niech to będą sezony satysfakcjonujące i niech Underwoodowie w końcu gryzą ziemię.

  • House of Cards pojawiło się w czasie, gdy już nie oglądałem niemal żadnych seriali i do dziś nie obejrzałem żadnego odcinka. Wpis przeczytałem jednak z ciekawości (jeśli kiedyś zacznę oglądać, to spoilery dawno zapomnę) i aż westchnąć mi się zachciało, że nie ma tu żadnych komentarzy, a na Facebooku ino cztery. Czasem ta blogosfera cała mnie zadziwia. Zostawię więc choć mój ślad nie do końca na temat.

  • Kasia Gajnik

    True story… Niezła recenzja, miałam dokładnie takie same przemyślenia, ale nie ubrałabym tego tak dobrze w słowa.

  • Zasadniczo mamy bardzo podobne zdanie, chociaż akurat to, co uważasz za wadę, dla mnie jest zaletą. Wcześniej Underwoodowie mieli zawsze jakiś plan B, C, D, a teraz liczą czasami na łut szczęścia. Ale czy przez to nie są bardziej autentyczni? Ja ich bardziej lubię, kiedy popełniają błędy, bo wydają mi się bardziej ludzcy… Co do syndromu niekończącej się historii, to zgadzam się – warto chyba zakończyć na szóstym sezonie. Co prawda „House of cards” jeszcze nie wyczerpało swojej formuły, ale mam wrażenie, że już niedługo, a scenarzystom zabraknie pomysłów, by tworzyć coś oryginalnego. Pozdrawiam 🙂

Podobne posty