A w dupę se wsadź to swoje czytanie!

13 maja 2017

W ciągu ostatniego tygodnia udało mi się przeczytać dwie książki. To zboostowało mi status zaawansowanego bibliofila o jakieś 50 punktów. Tym samym pobiłam swoje statystyki z dwóch ostatnich miesięcy, kiedy to długo i męki cierpiąc, męczyłam jedną i tę samą powieść (dla zainteresowanych – Amerykańskich Bogów). Jak na mnie to strasznie słaby wynik, więc od jakiegoś czasu nawet nie myślę o tym, żeby się pchać do konkursów na przeczytanie 52 książek w roku. Jedną pozycję gryzę i przeżuwam przez kilka tygodni – trochę z braku czasu, trochę z zaaferowania innymi aspektami życia niż czytanie. A tak się jakoś złożyło, że moja wzmożona czytelnicza aktywność zbiegła się w czasie z opublikowaniem kolejnego raportu o stanie czytelnictwa w Polsce i skłoniła mnie do kilku refleksji. Będę dzisiaj echem ech dyskusji i żałosnych lamentów, które przetoczyły się przez internet w zeszłym miesiącu.

Ten tekst powstał również dlatego, że głęboko wierzę w to, iż (co będziemy się oszukiwać) sytuacja w polskim czytelnictwie aż tak szybko się nie zmieni. Ba, nie będę wcale zdziwiona, jeśli z roku na roku będzie się pogarszać – wciąż z tych samych powodów. I większość szanujących się blogów zahaczających o książki będzie do tematu stale wracać. No to ja nie będę wracać. Ja napiszę jeden tekst i będę wam go uporczywie, co rok serwować w ramach recyclingu w okolicach premiery kolejnego tragicznego raportu. I wciąż będzie on tak samo aktualny jak rok wcześniej.

czytelnictwo

Na początku postawmy sprawę jasno: tak, z czytelnictwem w Polsce zdecydowanie mamy problem. Byłoby fajnie, gdyby więcej osób sięgało po książki, skoro teraz robi to tylko mniej niż połowa społeczeństwa. Ale nic nie zmienimy, wnosząc wyniosłe lamenty i szczycąc się byciem „tym niestatystycznym Polakiem”. A zmienić możemy sporo, bo wbrew pozorom postawa czytaczy może być o wiele bardziej skuteczna w promowaniu czytelnictwa niż jakiekolwiek zorganizowane akcje czy reformy listy lektur. Problem rozbija się głównie o jedną kwestię: jak my właściwie rozmawiamy o czytaniu.

Problem pierwszy: książkowy elitaryzm

Bo o czytaniu to jednak rozmawia się dość górnolotnie: w pięknych słowach, złotych zgłoskach, papier traktując z nabożną czcią, a każde słowo pisane jak nośnik boskiego pierwiastka. I to nawet nie jest tak, że to jakieś tajemnicze zjawisko, które pojawiło się dopiero w ostatnich latach. Nie, o książkach zawsze rozmawiało się na poważnie. Ale dopiero od jakiegoś czasu zewsząd słychać głosy, że może nie jest to do końca słuszne podejście. Że może czytanie powinno być częściej postrzegane jako po-prostu-rozrywka, a nie obcowanie z Absolutem. W mainstreamie czytanie uchodzi za czynność nobilitującą, moralnie wyższą nie tylko od nieczytania, ale również od wszelkich innych sposobów przekazywania treści i opowiadania historii: od gazet, od seriali, od kina. Czytanie wydaje się być najszlachetniejszym sposobem obcowania z kulturą, a przez to książce należą się specjalne względy, choć nie jest niczym więcej poza zwarto zszytym kawałkiem deski (patrz: projekt ustawy o jednolitej cenie książki).

czytelnictwo

Za bardzo ozłociliśmy książkę. Z tych pozłacanych kartek wyrosły nam dwie irytujące postawy. Z jednej strony mamy tych (pozornie) mądrzejszych i bardziej oczytanych, dla których książka książce nierówna, a prawdziwe, zaangażowane czytelnictwo polega jedynie na sięganiu po klasyków, Noblistów i filozofów. Wszystko, co zawiera mniej niż 70% słownictwa, które trzeba konsultować ze słownikiem staje się automatycznie literaturą popularną, a tą, brr, wielu ynteligentów sobie rączek nie splami. Ta nadaje się tylko dla osób kulturalnie niedojrzałych, żeby nie powiedzieć: dla tłuszczy. Z taką postawą bardzo często wiąże się odrzucanie całej kultury popularnej i niedostrzeganie w niej alternatywnych, równoprawnych form narracji. Przykład? Kilka tygodni temu w Polityce ukazał się artykuł o Łotrze Jeden. Autor jednocześnie pisał o filmie rzeczy bardzo pozytywne i aż widać było, jak boi się przyznać przed samym sobą, że taka plebejska rozrywka jak kolejna odnoga mainstreamowej franczyzy naprawdę mu się podobała. A cały tekst zakończył bon motem, po którym naprawdę trudno nie rzucić noszkurwą:

Popkultura, nie aspirując wcale do kultury wysokiej, zmienia się i dorasta wraz z jej użytkownikami. Choć trudno powiedzieć, czy to dobrze czy źle, że wychowani na „Gwiezdnych wojnach” 40- i 50-latkowie wciąż ekscytują się kosmiczną rebelią, zamiast czytać Cervantesa i Tomasza Manna.

(Jan M. Długosz, „Łotr pierwszy”, Polityka nr 16/2017)

I jest jeszcze ta druga strona, ta, którą najczęściej można spotkać w internetowych społecznościach zrzeszających samozwańczych bibliofilów. Ja wiem, trochę toczę jadzik w stronę fejsbuniowych grup, w których sama siedzę, ale przyznajcie, że jeśli do nich należycie to też przynajmniej raz złapaliście się za głowę. Najczęściej trafiają do nich ci, którzy nad naszym czytelnictwem lamentują najgłośniej, a ich postawa ma najwięcej wspólnego z książkowym elitaryzmem, wedle którego raz przeczytana lektura czyni nas automatycznie lepszymi od tej całej swołoczy, która nie czyta. To te wszystkie grupy „Nie jestem statystycznym Polakiem”, „Nie czytasz? Nie idę tobą do łóżka!”, a kiedyś akcja #jestem37. Wydawałoby się, że za wszystkimi tego rodzaju inicjatywami stoją szlachetne pobudki, w końcu chodzi o promocję czytelnictwa, prawda? No więc… nie. Wcale, a wcale nie. Tego rodzaju inicjatywy nijak nie wpłyną na rozpropagowanie czytania, a tylko pozwolą czytającym kisić się we własnej dumie i samozadowoleniu. Bo to wcale nie jest wyjście do tej nieczytającej większości, ale możliwość ostemplowania się własną „wyjątkowością” w ramach udowadniania innym, że jest się od nich lepszym. A u nieczytaczy w zetknięciu z taką postawą najprawdopodobniej włączy się podstawowy mechanizm obronny – tupną odnóżem, domkną muszlę i już zawsze będą się krzywić, słysząc szelest papieru. Nie tędy droga, nie tędy.

czytelnictwo

Problem drugi: ten straszny seksizm

Do tego wszystkiego dorzuciłabym jeszcze odrobinę genderu. Bo tak się jakoś składa, że w każdej grupie wiekowej kobiety zawsze czytają więcej niż mężczyźni. Z czego to wynika? Na to też mam teorię, ale musimy tu wejść trochę głębiej w system. Bo mam wrażenie, że problem wychodzi poza klasyczne uznanie obcowania z kulturą za czynność bardziej kobiecą. Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że w dyskusjach książkowych utarła się taka niepisana zasada, że książki pisane przez kobiety są pospolite, lekkie i ogłupiające, a ta prawdziwa, górnolotna literatura przez duże L wychodzi głównie spod pióra mężczyzn. To przekonanie błędne i krzywdzące, nie tylko dla pisarek (które niekiedy muszą się ukrywać za męskimi pseudonimami, żeby móc wydać książkę), ale również dla męskich czytelników, na których ten sztuczny podział literatury bardzo mocno wpływa. Dlaczego, zapytacie? Otóż wynika to z tego, że w okresie nastoletnim, kiedy mocno kształtują się nasze gusta i charaktery, faceci… nie mają co czytać. W tym wieku dziewczęta mogą wręcz pływać w rozmaitych romansidłach, obyczajówkach, fantasy i tych wszystkich young adultach, które trzęsą rynkiem wydawniczym. Problem w tym, że właściwie nie istnieje odpowiednik takiego segmentu rynku książki dla chłopców. Chłopcy muszą przeskoczyć bezpośrednio z literatury dziecięcej do literatury kierowanej do dorosłego czytelnika (wliczam w to też wszelką literaturę fantastyczną i science fiction). Nie ma dla nich tego etapu przejściowych młodzieżówek, bo jakby na to nie spojrzeć, od czasów Harrego Pottera nie było chyba żadnej bestsellerowej serii książek (poza czkawką w postaci Percy’ego Jacksona), która byłaby kierowana tak samo do chłopców, jak i do dziewcząt.

No więc żyje sobie taki nastolatek i słyszy, że literatura popularna jest głównie dla bab, a dla niego od razu Bookery i Pulitzery, których czytać nie chce, bo w końcu kto by się tam na takie cegły porywał. Więc wysili się i poszuka książki dla siebie? Czy może nie będzie czytał wcale?

czytelnictwo

Problem trzeci: no to wolno czytać tego Greya czy nie?!

Podkreślę jeszcze raz – to ważne, w jaki sposób mówimy o czytaniu. W jaki sposób o czytaniu mówimy my, czytający. Bo to właśnie od nas i od naszej postawy zależy to, czy taki nieczytający poczuje się na tyle pewnie w obcej sobie sferze kulturowej, że sięgnie po książkę z własnej woli. I w tym miejscu, jak bumerang, powraca pytanie: no to w takim razie lepiej czytać Greya czy nie czytać w ogóle? Klasyczny dylemat w rodzaju casusu jajka i kury.

Właściwie odpowiedź na to pytanie pozwala nam określić, czym dla nas jest tak naprawdę czytanie. Czy czytanie to poważne obcowanie ze słowem, czy może niezobowiązująca rozrywka? No więc czytajta i powieśta to sobie oprawione nad mikrofalówką: DLACZEGO NIE OBA? Sami przyznajcie – mamy jakiś problem z tym przyznawaniem się do czytania literatury niskiej. Sama wielokrotnie łapałam się na tym, że z wielką rezerwą podawałam tytuł akurat czytanej książki zainteresowanej osobie, bo bałam się, że ktoś mnie oceni. Przez to całe ozłacanie książek udajemy przed innymi, że czytamy tylko same mądrości (jak myślicie, skąd się wziął w raporcie ten nieszczęsny Sienkiewicz na pierwszym miejscu zestawienia?), zamiast głośno przyznać: tak zdarza mi się czytać odmóżdżające szmiry dla czystej rozrywki. Czy możemy w końcu uznać, że literatura może być taką samą pustą rozrywką jak oglądanie seriali czy głupich komedii? Czy możemy ją zdjąć z piedestału?

czytelnictwo

Bo według mnie już lepiej sięgnąć po tego nieszczęsnego Greya niż nie czytać w ogóle. A jeśli już ten demoniczny bóg wydumanego seksu miałby być dla kogoś bramą do całego ogromnego świata rozmaitej literatury, to tym bardziej jestem za. Ale po pierwsze: nie zniechęcać. Nie wyśmiewać. Trzeba pogodzić się z tym, że dla niektórych bariera literatury ogólnie uznanej za poważną będzie nie do przeskoczenia. I nic w tym złego. Dla części społeczeństwa to właśnie wszelka literatura popularna będzie jedynym rodzajem książek, z jakim będą mieli ochotę się zetknąć. I błagam, nie udawajmy, że jesteśmy tacy wyjątkowi, bo zdarzyło nam się trzymać w ręce laureata Nike. Większość z nas nie lula się do snu Księgami Jakubowymi. Większość dyskusji toczonych w internecie obraca się wokół najnowszych pozycji z gatunku young adult, fantastyki, romansów – pozycji, które najczęściej nie osiągną statusu dzieł wybitnych. I znowu – nic w tym złego.

Wydaje mi się, że właśnie to nam w tej aferze najtrudniej dostrzec – nie ma nic złego w tym, że ktoś czyta erotyki, nic złego w tym, że ktoś woli fantastykę albo poważne dzieła o kondycji świata. Tak długo, jak nie zacznie uważać, że ta jego osobista preferencja literacka czyni go lepszym od innych. I konsekwentnie – że jakiekolwiek czytanie czyni go lepszym od tych, którzy tego nie robią. Bo w ostatecznym rozrachunku i tak to całe nasze czytelnictwo możemy sobie wsadzić w dupę – bo nikogo nim nie zbawimy.

Podobne posty