A w dupę se wsadź to swoje czytanie!

13 maja 2017

W ciągu ostatniego tygodnia udało mi się przeczytać dwie książki. To zboostowało mi status zaawansowanego bibliofila o jakieś 50 punktów. Tym samym pobiłam swoje statystyki z dwóch ostatnich miesięcy, kiedy to długo i męki cierpiąc, męczyłam jedną i tę samą powieść (dla zainteresowanych – Amerykańskich Bogów). Jak na mnie to strasznie słaby wynik, więc od jakiegoś czasu nawet nie myślę o tym, żeby się pchać do konkursów na przeczytanie 52 książek w roku. Jedną pozycję gryzę i przeżuwam przez kilka tygodni – trochę z braku czasu, trochę z zaaferowania innymi aspektami życia niż czytanie. A tak się jakoś złożyło, że moja wzmożona czytelnicza aktywność zbiegła się w czasie z opublikowaniem kolejnego raportu o stanie czytelnictwa w Polsce i skłoniła mnie do kilku refleksji. Będę dzisiaj echem ech dyskusji i żałosnych lamentów, które przetoczyły się przez internet w zeszłym miesiącu.

Ten tekst powstał również dlatego, że głęboko wierzę w to, iż (co będziemy się oszukiwać) sytuacja w polskim czytelnictwie aż tak szybko się nie zmieni. Ba, nie będę wcale zdziwiona, jeśli z roku na roku będzie się pogarszać – wciąż z tych samych powodów. I większość szanujących się blogów zahaczających o książki będzie do tematu stale wracać. No to ja nie będę wracać. Ja napiszę jeden tekst i będę wam go uporczywie, co rok serwować w ramach recyclingu w okolicach premiery kolejnego tragicznego raportu. I wciąż będzie on tak samo aktualny jak rok wcześniej.

czytelnictwo

Na początku postawmy sprawę jasno: tak, z czytelnictwem w Polsce zdecydowanie mamy problem. Byłoby fajnie, gdyby więcej osób sięgało po książki, skoro teraz robi to tylko mniej niż połowa społeczeństwa. Ale nic nie zmienimy, wnosząc wyniosłe lamenty i szczycąc się byciem „tym niestatystycznym Polakiem”. A zmienić możemy sporo, bo wbrew pozorom postawa czytaczy może być o wiele bardziej skuteczna w promowaniu czytelnictwa niż jakiekolwiek zorganizowane akcje czy reformy listy lektur. Problem rozbija się głównie o jedną kwestię: jak my właściwie rozmawiamy o czytaniu.

Problem pierwszy: książkowy elitaryzm

Bo o czytaniu to jednak rozmawia się dość górnolotnie: w pięknych słowach, złotych zgłoskach, papier traktując z nabożną czcią, a każde słowo pisane jak nośnik boskiego pierwiastka. I to nawet nie jest tak, że to jakieś tajemnicze zjawisko, które pojawiło się dopiero w ostatnich latach. Nie, o książkach zawsze rozmawiało się na poważnie. Ale dopiero od jakiegoś czasu zewsząd słychać głosy, że może nie jest to do końca słuszne podejście. Że może czytanie powinno być częściej postrzegane jako po-prostu-rozrywka, a nie obcowanie z Absolutem. W mainstreamie czytanie uchodzi za czynność nobilitującą, moralnie wyższą nie tylko od nieczytania, ale również od wszelkich innych sposobów przekazywania treści i opowiadania historii: od gazet, od seriali, od kina. Czytanie wydaje się być najszlachetniejszym sposobem obcowania z kulturą, a przez to książce należą się specjalne względy, choć nie jest niczym więcej poza zwarto zszytym kawałkiem deski (patrz: projekt ustawy o jednolitej cenie książki).

czytelnictwo

Za bardzo ozłociliśmy książkę. Z tych pozłacanych kartek wyrosły nam dwie irytujące postawy. Z jednej strony mamy tych (pozornie) mądrzejszych i bardziej oczytanych, dla których książka książce nierówna, a prawdziwe, zaangażowane czytelnictwo polega jedynie na sięganiu po klasyków, Noblistów i filozofów. Wszystko, co zawiera mniej niż 70% słownictwa, które trzeba konsultować ze słownikiem staje się automatycznie literaturą popularną, a tą, brr, wielu ynteligentów sobie rączek nie splami. Ta nadaje się tylko dla osób kulturalnie niedojrzałych, żeby nie powiedzieć: dla tłuszczy. Z taką postawą bardzo często wiąże się odrzucanie całej kultury popularnej i niedostrzeganie w niej alternatywnych, równoprawnych form narracji. Przykład? Kilka tygodni temu w Polityce ukazał się artykuł o Łotrze Jeden. Autor jednocześnie pisał o filmie rzeczy bardzo pozytywne i aż widać było, jak boi się przyznać przed samym sobą, że taka plebejska rozrywka jak kolejna odnoga mainstreamowej franczyzy naprawdę mu się podobała. A cały tekst zakończył bon motem, po którym naprawdę trudno nie rzucić noszkurwą:

Popkultura, nie aspirując wcale do kultury wysokiej, zmienia się i dorasta wraz z jej użytkownikami. Choć trudno powiedzieć, czy to dobrze czy źle, że wychowani na „Gwiezdnych wojnach” 40- i 50-latkowie wciąż ekscytują się kosmiczną rebelią, zamiast czytać Cervantesa i Tomasza Manna.

(Jan M. Długosz, „Łotr pierwszy”, Polityka nr 16/2017)

I jest jeszcze ta druga strona, ta, którą najczęściej można spotkać w internetowych społecznościach zrzeszających samozwańczych bibliofilów. Ja wiem, trochę toczę jadzik w stronę fejsbuniowych grup, w których sama siedzę, ale przyznajcie, że jeśli do nich należycie to też przynajmniej raz złapaliście się za głowę. Najczęściej trafiają do nich ci, którzy nad naszym czytelnictwem lamentują najgłośniej, a ich postawa ma najwięcej wspólnego z książkowym elitaryzmem, wedle którego raz przeczytana lektura czyni nas automatycznie lepszymi od tej całej swołoczy, która nie czyta. To te wszystkie grupy „Nie jestem statystycznym Polakiem”, „Nie czytasz? Nie idę tobą do łóżka!”, a kiedyś akcja #jestem37. Wydawałoby się, że za wszystkimi tego rodzaju inicjatywami stoją szlachetne pobudki, w końcu chodzi o promocję czytelnictwa, prawda? No więc… nie. Wcale, a wcale nie. Tego rodzaju inicjatywy nijak nie wpłyną na rozpropagowanie czytania, a tylko pozwolą czytającym kisić się we własnej dumie i samozadowoleniu. Bo to wcale nie jest wyjście do tej nieczytającej większości, ale możliwość ostemplowania się własną „wyjątkowością” w ramach udowadniania innym, że jest się od nich lepszym. A u nieczytaczy w zetknięciu z taką postawą najprawdopodobniej włączy się podstawowy mechanizm obronny – tupną odnóżem, domkną muszlę i już zawsze będą się krzywić, słysząc szelest papieru. Nie tędy droga, nie tędy.

czytelnictwo

Problem drugi: ten straszny seksizm

Do tego wszystkiego dorzuciłabym jeszcze odrobinę genderu. Bo tak się jakoś składa, że w każdej grupie wiekowej kobiety zawsze czytają więcej niż mężczyźni. Z czego to wynika? Na to też mam teorię, ale musimy tu wejść trochę głębiej w system. Bo mam wrażenie, że problem wychodzi poza klasyczne uznanie obcowania z kulturą za czynność bardziej kobiecą. Nie będzie niespodzianką, jeśli powiem, że w dyskusjach książkowych utarła się taka niepisana zasada, że książki pisane przez kobiety są pospolite, lekkie i ogłupiające, a ta prawdziwa, górnolotna literatura przez duże L wychodzi głównie spod pióra mężczyzn. To przekonanie błędne i krzywdzące, nie tylko dla pisarek (które niekiedy muszą się ukrywać za męskimi pseudonimami, żeby móc wydać książkę), ale również dla męskich czytelników, na których ten sztuczny podział literatury bardzo mocno wpływa. Dlaczego, zapytacie? Otóż wynika to z tego, że w okresie nastoletnim, kiedy mocno kształtują się nasze gusta i charaktery, faceci… nie mają co czytać. W tym wieku dziewczęta mogą wręcz pływać w rozmaitych romansidłach, obyczajówkach, fantasy i tych wszystkich young adultach, które trzęsą rynkiem wydawniczym. Problem w tym, że właściwie nie istnieje odpowiednik takiego segmentu rynku książki dla chłopców. Chłopcy muszą przeskoczyć bezpośrednio z literatury dziecięcej do literatury kierowanej do dorosłego czytelnika (wliczam w to też wszelką literaturę fantastyczną i science fiction). Nie ma dla nich tego etapu przejściowych młodzieżówek, bo jakby na to nie spojrzeć, od czasów Harrego Pottera nie było chyba żadnej bestsellerowej serii książek (poza czkawką w postaci Percy’ego Jacksona), która byłaby kierowana tak samo do chłopców, jak i do dziewcząt.

No więc żyje sobie taki nastolatek i słyszy, że literatura popularna jest głównie dla bab, a dla niego od razu Bookery i Pulitzery, których czytać nie chce, bo w końcu kto by się tam na takie cegły porywał. Więc wysili się i poszuka książki dla siebie? Czy może nie będzie czytał wcale?

czytelnictwo

Problem trzeci: no to wolno czytać tego Greya czy nie?!

Podkreślę jeszcze raz – to ważne, w jaki sposób mówimy o czytaniu. W jaki sposób o czytaniu mówimy my, czytający. Bo to właśnie od nas i od naszej postawy zależy to, czy taki nieczytający poczuje się na tyle pewnie w obcej sobie sferze kulturowej, że sięgnie po książkę z własnej woli. I w tym miejscu, jak bumerang, powraca pytanie: no to w takim razie lepiej czytać Greya czy nie czytać w ogóle? Klasyczny dylemat w rodzaju casusu jajka i kury.

Właściwie odpowiedź na to pytanie pozwala nam określić, czym dla nas jest tak naprawdę czytanie. Czy czytanie to poważne obcowanie ze słowem, czy może niezobowiązująca rozrywka? No więc czytajta i powieśta to sobie oprawione nad mikrofalówką: DLACZEGO NIE OBA? Sami przyznajcie – mamy jakiś problem z tym przyznawaniem się do czytania literatury niskiej. Sama wielokrotnie łapałam się na tym, że z wielką rezerwą podawałam tytuł akurat czytanej książki zainteresowanej osobie, bo bałam się, że ktoś mnie oceni. Przez to całe ozłacanie książek udajemy przed innymi, że czytamy tylko same mądrości (jak myślicie, skąd się wziął w raporcie ten nieszczęsny Sienkiewicz na pierwszym miejscu zestawienia?), zamiast głośno przyznać: tak zdarza mi się czytać odmóżdżające szmiry dla czystej rozrywki. Czy możemy w końcu uznać, że literatura może być taką samą pustą rozrywką jak oglądanie seriali czy głupich komedii? Czy możemy ją zdjąć z piedestału?

czytelnictwo

Bo według mnie już lepiej sięgnąć po tego nieszczęsnego Greya niż nie czytać w ogóle. A jeśli już ten demoniczny bóg wydumanego seksu miałby być dla kogoś bramą do całego ogromnego świata rozmaitej literatury, to tym bardziej jestem za. Ale po pierwsze: nie zniechęcać. Nie wyśmiewać. Trzeba pogodzić się z tym, że dla niektórych bariera literatury ogólnie uznanej za poważną będzie nie do przeskoczenia. I nic w tym złego. Dla części społeczeństwa to właśnie wszelka literatura popularna będzie jedynym rodzajem książek, z jakim będą mieli ochotę się zetknąć. I błagam, nie udawajmy, że jesteśmy tacy wyjątkowi, bo zdarzyło nam się trzymać w ręce laureata Nike. Większość z nas nie lula się do snu Księgami Jakubowymi. Większość dyskusji toczonych w internecie obraca się wokół najnowszych pozycji z gatunku young adult, fantastyki, romansów – pozycji, które najczęściej nie osiągną statusu dzieł wybitnych. I znowu – nic w tym złego.

Wydaje mi się, że właśnie to nam w tej aferze najtrudniej dostrzec – nie ma nic złego w tym, że ktoś czyta erotyki, nic złego w tym, że ktoś woli fantastykę albo poważne dzieła o kondycji świata. Tak długo, jak nie zacznie uważać, że ta jego osobista preferencja literacka czyni go lepszym od innych. I konsekwentnie – że jakiekolwiek czytanie czyni go lepszym od tych, którzy tego nie robią. Bo w ostatecznym rozrachunku i tak to całe nasze czytelnictwo możemy sobie wsadzić w dupę – bo nikogo nim nie zbawimy.

  • Dobrze prawi, polać tej pani 😀

  • Jeju! Ale genialny artyukł! Podpisywałabym się!
    Niesamowicie irytuje mnie to, że ludzie, którzy czytają szmiry uważają się za niewiadomo jak inteligentnych, światowych i tak dalej. Jasne, czytasz, to super, ale to tylko rozrywka. I wcale nie uważam, że bardziej ambitna od obejrzenia mocnego filmu.
    Irtyuje mnie również ocenianie ludzi po tym, co czytają. Sama wielokrotnie spotykałam się z tym, że na pytanie „Co czytasz?” odpowiadałam bardzo ogólnie, bo wstyd mi było się przyznać, że właśnie przeżywam romans jakiejś pary young adult. Uważam, że jeśli czytanie to tylko rozrywka, to, na Boga, czytajmy, ale i dajmy czytać innym!

  • Dobry artykuł. Ostatnio myślałem, żeby coś napisać na ten temat, ale chyba po prostu udostępnię twój wpis.
    W tym temacie powiedziałaś już chyba wszystko.
    Co do książkowych grup to polecam „Nie mam czasu, czytam książki”. Tam to się dopiero dzieje. Ludziom nieźle odwala.

    • Zgadzam się co do tej grupy zdecydowanie. Cudawianki się tam dzieją po prostu.

    • Mateusz Stępień

      A podałbyś dla kontrastu jedną czy dwie grupy, gdzie ludziom nie odwala, a jeśli już, to mało? Pytam poważnie.

      • Niestety nie znam takich. Zawsze trafi się ktoś nie do końca normalny. No chyba, że mówimy o grupie Andrzeja Tucholskiego. Tam jest spoko. Ale to wyjątek.

  • Anna

    wrzucam na swoja sciane – nosz kurna, dokladnie to samo napisalabym gdym umiala 🙂

  • Zielona Mysza (Norsevia)

    Tekst bardzo dobry, nie zgodzę się z jednym – nie ma fajnej literatury dla chłopców. Nie jest ona po prostu reklamowana i jeśli ktoś nie szuka to nie znajdzie. Z mojego, bibliotekarskiego punktu widzenia najciekawsze propozycje dla nastolatków to literatura „chłopięca”. Owszem, jest jej mniej i bardzo ciężko jest znaleźć coś typowo obyczajowego, ale oprócz wspomnianych Harrego i Percy’ego jest mnóstwo rewelacyjnych serii. Książki Krzysztofa Petka, Agnieszki Stelmaszyk, „Zwiadowcy” i „Drużyna” Flanagana, „Wojownicy” Erin Hunter czy Ullisses Moore i wiele, naprawdę wiele innych. Dzięki Potterowi książki przygodowe i fantastyczne rozkwitły w XXI wieku. Z niezrozumiałych dla mnie powodów nie są tak nagłaśniane, a wielka szkoda

    • Teresa Kozera

      Dorzuciłabym też „Serię Niefortunych Zdarzeń”, moją ukochaną hmmm… sagę dzieciństwa na równi z Harrym Potterem. 🙂

    • Zgodzę się. Sama bardziej się lubuję w tego typu młodzieżówkach niż tych skierowanych do dziewcząt 😉

    • A ja Pierce’a Browna i tę durną serię Więzień labiryntu.

      • Rusty, jak możesz polecać „Wieźnia…”? Znaczy się, jasne, warto mówić o książkach dla chłopców, ale ta jest tak fatalnie napisana 😀
        A może dorzućmy do listy „Ready Player One”?

        • To i Armade. I nie polecam, brr, ale to seria pisana dla chłopców; dla dziewczyn pewnie też są takie potworki.

          • Są potworki dla dziewczyn, np. seria „The Selection” którą swego czasu się zaczytywałam 😛

          • Chciałam to czytać, ale utknęło gdzieś na liście to-read.

          • Nie musisz się spieszyć. Tom pierwszy wchodzi w miarę bezboleśnie, potem zaczyna się walenie łbem w ścianę. W sumie chyba nie warto. Odgrażają się, że może film albo serial będzie (albo miał być).

          • Nie rób sobie tego. „The Selection” to jest moje young adultowe nemezis i nie cierpię go całym sercem.

    • Mam wrażenie, że parę lat temu, przed sukcesem „Igrzysk Śmierci” czy „Zmierzchu” wszystkie książki przygodowe czy fantasy, które czytałam, były o chłopakach, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Te o dziewczynach to były zawsze jakieś obyczajowe, jak chociażby „Pamiętnik księżniczki”. A nie, była jeszcze Lyra z „Mrocznych materii”.

  • Ooo, też się strasznie męczyłam przy „Amerykańskich bogach”! Jak to dobrze, że nie jestem w tym sama.^^

    Dobra, zanim przejdę do komentarza właściwego. Czytanie książek jest lepsze od przyswajania kultury w jakikolwiek inny sposób. Przynajmniej w aspekcie czysto mechanicznego intensyfikowania pracy mózgu. Jeśli wziąć pod uwagę aktywność neurologiczną pewnych obszarów czy tworzenie nowych połączeń neuronowych, to najgorszy harlequin bije na głowę najbardziej ambitny film i niestety tego nie da się ani przeskoczyć, ani zanegować.

    To powiedziawszy, przejdźmy do treści.

    Ja się tak bardzo zgadzam, że wszystkie akcje promujące czytelnictwo w Polsce są tak bardzo chybione, ze ciężko bardziej. To jest właśnie to, o czym piszesz – za granicą promuje się czytanie jako zabawę równie fajną, co granie w gry czy oglądanie filmów. U nas wszystkie kampanie stawiają na elitaryzm (czytaj, bądź lepszy od tej tłuszczy, wyrywaj fajne, czytające laski/ciacha, które inaczej nie pójdą z tobą do łóżka) i mam wrażenie, tak naprawdę nie próbują nikogo do niczego przekonać (najwyżej czytających do ich własnej zajebistości). A taki normalny człowiek widząc tego typu działania puka się w czoło i dochodzi do wniosku, że z tymi zadufanymi bubkami on nie chce mieć nic wspólnego.

    Co do literatury młodzieżowej, to jest chyba zamknięty krąg. YA to target, a nie gatunek literacki i jako target podlega nie tylko ramom tzw. sztuki (bardzo szczegółowo określonym zwłaszcza dla niektórych serii), ale też regułom rynku. I teraz mamy taki ciąg: w badaniach wyszło, że dziewczęta czytają więcej -> wydajemy ksiązki bardziej kierowane do dziewcząt, bo skoro czytają więcej, to takich więcej sprzedamy -> chłopcy nie mają co czytać, więc czytają mniej -> w badaniach wychodzi, że dziewczęta czytają więcej… Trzeba by chyba jakiejś grubszej kampanii, żeby to odwrócić. Z drugiej strony mamy wiele książek YA czysto przygodowych, w których jedynym wyznacznikiem tego, że są bardziej dla dziewczyn jest fakt, że główna bohaterka jest dziewczynką. I jak rozumiem, że chłopakom może nie odpowiadać pozycja, gdzie mimo teoretycznie przygodowego sztafażu chodzi głównie oto, którego z amantów wybierze bohaterka, tak trochę smutny jest wniosek, że nastoletni chłopcy już w tym wieku odrzucają książkę wyłącznie z powodu płci bohatera.

    • Jest gorzej – ostatnio czytałam artykuł o okładkach książek, w którym autorka (pisarka, zdaje się) całkiem skutecznie udowadniała, że mężczyźni/chłopcy często nie sięgają po książki, które miałyby szansę im się spodobać (bez względu obecność bohaterki, a nie bohatera), bo okładki są zbyt „dziewczyńskie” i panowie nie chcą być z takimi książkami widziani na mieście.

      • Podejrzewam, że może nawet nie tylko o widzialność na mieście chodzić – chłopak widząc na okładce dziewoję w słuchawkach czy inne płatki róż po prostu książkę ominie szerokim łukiem, bo już szata graficzna krzyczy, że nic tu nie znajdzie (choć to oczywiście nie musi być prawda). Mam wrażenie, że marketing okładkowy zaczyna pożerać własny ogon.

        • Masz rację – wstręt do „dziewczyńskości” nie ogranicza się jedynie do obawy, że zostanie wyśmiany przez kolegów, ale także sprowadza się do tego, że chłopak po taką książkę zwyczajnie nie sięgnie (mimo iż treść – bez względu na płeć bohaterki czy autorki – mogłaby do niego przemówić). Miałam to także na myśli, ale gdzieś mi umknęło w komentarzu 🙂

      • Mateusz Augustyn

        🙁 Nie przejmuję się okładkami i może z tego powodu nie mam dziewczyny.

    • Subiektywne Quale

      „najgorszy harlequin bije na głowę najbardziej ambitny film i niestety tego nie da się ani przeskoczyć, ani zanegować.” można linki do badań?

      • Meh, teraz tego nie znajdę. W każdym razie pewna doktorantka neurobiologii w dyskusji chyba na blogu 5000lib powoływała się zarówno na cudze, jak i na swoje doktoranckie (nieopublikowane podówczas) badania.

        • Subiektywne Quale

          Ale podała te badania czy powiedziała, że są i tyle? Bo nie wiem czy poświęcać czas na szukanie.

  • Łukasz Słabik

    Jak dla mnie pisanie, że większość powinna czytać jest właśnie nobilitowaniem książek. Jeżeli czytanie ma być po prostu jakąś formą rozrywki to czemu nie możemy uznać, że po prostu ktoś tego nie lubi? Nikt nie biega za Tobą i nie mówi Ci, że powinieneś oglądać więcej filmów bo tak. Tutaj też mamy podobny podział na twórczość wyższą i plebejską. Tak jak autorka pisze by czytać chociażby tego głupiego Greya bo a nuż ktoś się nawróci na literaturę wyższą.
    Ten nieszczęsny Sienkiewicz jest na pierwszym miejscu ze względu na to, że rok 2016 był rokiem Sienkiewicza.

    • Tomasz

      Chyba bardziej chodzi o to, że nigdy nie polubisz książek jeśli nawet nie spróbujesz.

      • Mateusz Augustyn

        Tomaszu. Praktycznie nie ma ludzi, którzy nigdy nie przeczytali jakiejkolwiek książki, ba prawie nie ma ludzi, którzy nie sięgnęliby kiedyś po jakąś książkę sami z siebie. Po prostu spora część osób woli obejrzeć film, zagrać w grę video, albo obejrzeć „chińską bajkę”, przeczytać komiks o mężczyznach noszących majtki na spodniach niż czytać powieść.

  • Mnie niezwykle irytuje postawa książkoholików. „No jak można nie czytać?” Wielokrotnie widziałam na grupach książkowych pytania „co kupić osobie, która nie lubi czytać, jak nakłonić ją do czytania?” Tak już jest, że jedni lubią gotować, inni chodzą na siłownię, w końcu niektórzy czytają. Każde hobby, każda pasja, która rozwija, jest w porządku.

    Inna sprawą jest to, że czyni się z książki Świętego Graala. No bo, jak można zaginać róg, albo grzbiet? Jak ktoś może nie lubić wąchać książek, jak w końcu można spalić książkę, czy wyrzucić. I tak wypowiadała się ekspert w radiowej Trójce, że nie podoba się mu, że książka leży między wędliną a serem w supermarkecie. Należy się jej szacunek (przy audycji o projekcie ustawy o jednolitej cenie książki). Inny podnosił, że książka jako jedyna jest w promocji od razu przy wydaniu. To sprawia wrażenie, jakoby książka była produktem niewartościowym. Gdy wzrośnie jej cena, ludzie zaczną szanować ten produkt. To taka sama bzdura, jak to, że ludzie chętniej będą płacić więcej, gdy będą pewni, że wspierają księgarzy. Sama lubię się otaczać książkami, ale książka ma dokładnie taką wartośc, jaką się ją nada.

    No i w końcu wieczna wojna między tymi, którzy czytają kulturę wysoką i „powieści dla kur domowych”. Zaczęłam czytać wcześnie (w wieku 5 lat) i wcześnie wyrobiłam sobie wrażliwość czytelniczą, jednak należy pamiętać, że ktoś, kto zaczyna przygodę z książką, nie odróżni dobrej powieści od babola. Co więcej, taka osoba powinna sięgnąć po coś lekkiego, z prostym językiem i nieskomplikowaną fabułą. Z czasem każdy sobie wyrobi gust. Absolutnie nie kieruję się przy wyborze lektury jakimikolwiek nagrodami, włączając w to Nobla. Czytam lekkie powieści, czasem nawet zabawne, czerpię z niemal wszystkich gatunków literackich. Nie dzielę książek na dobre i złe. Są takie źle napisane i dobrze.

  • Tomasz

    Dziękuję, że w końcu ktoś z choćby minimalną liczbą odbiorców to powiedział. Niestety szkoła bardzo często zniechęca do czytania i nawet nie mówię o lekturach w ogóle ale głównie o licealnych ponieważ czytałem naprawdę sporo, nie tylko dal siebie ale też wszystkie lektury do trzeciej gimnazjum (oczywiście nie wszystkie przypadły mi do gustu) włącznie ale potem poszedłem do klasy o profilu humanistycznym i niestety zawał ciężkich i monotonnych lektur skutecznie odstraszył mnie od czytania. Najgorszy był fakt, że pomimo dokładnego przeczytania danej lektury można było z łatwością dostać ocenę niedostateczną bo nie zapamiętało się numeracji scen albo jakichś szczegółów. Poza trzema pierwszymi książkami z listy, którą podyktowała nauczycielka nie przeczytałem już żadnej kolejnej ponieważ już nie miałem ani chęci ani samozaparcia żeby to robić a po przeczytaniu streszczenia szczegółowego dostaję zazwyczaj lepszą ocenę niż niejedna osoba, która lekturę przeczytała. Odkąd chodzę do liceum czytam dla siebie około dwie książki rocznie natomiast wcześniej było to minimum dziesięć. Sprawie nie pomagają lektury takie jak „Dziady III”, które jak dla mnie są po prostu nudne i nic nie wnoszą ani nie wnosiły (żeby nie było, że według mnie najlepiej by było czytać tylko „Anie z zielonego wzgórza” i „Mikołajka” to muszę przyznać, że „Kordian”, „Nie-Boska Komedia” czy „Ballady i Romanse” naprawdę przypadły mi do gustu i wszystkie wnosiły coś świeżego do ówczesnej literatury. Niestety kolejna reforma edukacji przyniosła katastrofalną według mnie zmianę lektur gdzie fragmenty „Pana Tadeusza” będą już w czwartej klasie szkoły podstawowej co skutecznie może zniechęcić wielu młodych uczniów do sięgnięcia po książkę.

  • Michał Rybczyński

    Bez toczenia jadziku, stemplem można ostemplować, nie ostęplować 😉 Pozdrawiam!

  • Wspomnę sytuacja z drugiej klasy technikum, kiedy ja z moją przyjaciółką chodziłyśmy do szkoły z książkami, bo po prostu lubiłyśmy sobie usiąść na przerwie czy okienku i poczytać, ale czyniło nas to innymi od reszty klasy, bo my dostawałyśmy opierdol od nauczycielki, że mamy iść się socjalizować, zamiast czytać książki, gdy tymczasem pozostała część miała się uczyć i czytać książki. Problem w tym, że oni czytali i czytają, tylko w domowym zaciszu i nie tak dużo jak my. Ludzie postrzegają wszystko przez stereotypy oraz pierwsze wrażenia i zawsze chcą być w tej bardziej podziwianej grupie.

  • Już jakiś czas temu doszłam do podobnych wniosków co Ty. Głównie, że na czytanie patrzy się jak na mękkę, a nie rozrywkę i że wiele osób nie czyta, bo nie znalazło jeszcze nic dla siebie. Ze mną tak właśnie było i teraz to samo mówię tym, którzy przyznają się do książkowstrętu. Kilku już przekonałam. 🙂 I niezależnie co czytają – cieszy, że w ogóle czytają.

  • nat

    Po Harrym Potterze młodzieżową serią, kierowaną zarówno do chłopców, jak i do dziewczynek, był chociażby fajny polski cykl „Felix, Net i Nika”, bardzo popularny kiedy miałam te 12-14 lat, a i tak pamiętam, że sięgały po niego raczej moje koleżanki, niż koledzy. Więc może problem nieczytających facetów leży jeszcze gdzieś we wcześniejszym dzieciństwie?
    Świetny tekst!

  • Świetny tekst! Masz całkowitą rację! Przecież sama Szymborska twierdziła, że „Czytanie to najlepsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła” – kategoryzowanie książek „ta jest dla idiotek”, „ta dla prawdziwych geniuszów”, „ta tylko dla młodzieży” – wywiera pewną presję i wstydzimy się sięgnąć po książką, która nas interesuje. Później ludzie kłamią, że czytają bardzo mądre książki, chociaż tak naprawdę chętnie przeczytaliby wspomnianego Greya.
    Czytajmy książki, które lubimy! 🙂
    A jeśli chodzi o czytelnictwo, to myślę że jest lepiej, niż było. Wielu moich znajomych czyta, w pracy koleżanki wymieniają się książkami, nawet na ślubach ostatnio jest moda na książkowe prezenty (miałam ostatnio mały maraton wesel i co zaproszenie, to młodzi proszą o książkę zamiast kwiatów).
    Nie ma co dramatyzować w kwestii statystyk, najlepiej rozejrzeć się wokół siebie, poobserwować swoje otoczenie – na pewno okaże się, że każdy ma kilku znajomych, którzy czytają 🙂 A jeśli nie, to zawsze można podsunąć im kilka ciekawych książek 😉
    Dużo serdeczności!
    Gaba

  • Małgorzata Biesiadecka

    Muszę się dołączyć do dyskusji ze swoją historią. Od dziecka uwielbiałam czytać, ale gdy byłam w liceum, poczułam obowiązek czytania literatury „kultury wysokiej”, bo przecież wszystko inne jest dla „plebsu”, to strata czasu i ogłupianie się. W wyniku czego przestałam czytać książki w ogóle. Przez około 5 lat przeczytałam bardzo niewiele książek, dlatego, że ta „wysoka” literatura mnie po prostu męczyła. Pół roku temu postanowiłam zacząć kupować jedną książkę z listy bestsellerów co miesiąc – w portfelu strasznie nie ubędzie, a ja wrócę do czytania. I udało się. W tej chwili z powrotem nie mogę wyobrazić sobie pójścia spać bez czytania.
    Czytanie to bez wyjątku musi sprawiać przyjemność – musi być rozrywką. Inaczej nie ma wielkiego sensu. 🙂 (oczywiście pomijając naukę;)

    • Mateusz Augustyn

      Nie musi być rozrywką. Często nie czytam dla rozrywki. Rozrywka jeśli chodzi o czytanie zazwyczaj jest dla mnie drugorzędna. Problem jest w tym, że istnieje coś takiego jak elitarne czytanie, gdzie obcuje się ze sztuką, myślą, doświadcza się treści poszerzających własne człowieczeństwo i zwolennicy takiego czytania przenoszą to na czytanie każdej książki i pojawia się jakaś bezsensowna opinia, że np. „Koralinę” lepiej poznać w wersji książkowej niż filmowej.

      Tak jak z muzyką w wypadku literatury mamy tą bardziej rozrywkową i tą będącą sztuką wyższą, ale tak samo jest z kinem i będzie w przyszłości z grami. Dochodzi do pomieszania formy z różnicą pomiędzy sztuką wyższą, a popularną.

      A gdy połączymy to z brakiem świadomości, że sztuka wyższa zawsze będzie elitarna, bo nawet jak każdego zmusi się do czytania np. Joyce, to jeszcze nie oznacza, że poza przeczytaniem np. „Ulissesa” czytelnik cokolwiek z tej lektury wyniesie.

  • Dominika Ławicka

    Brawo! Rzeczywiście z czytania robimy często cyrk, że nie wspomnę o gloryfikowaniu książek i nadawania im boskich cech. Pamiętam, kiedy na blogu zamieściłam zdjęcie książki, na której ośmieliłam się postawić kubek z herbatą, o zgrozo!, ekspresową. Oberwałam ogromnie, ale nie za to, jaka opinię wystawiłam książce, ale za to, że postawiłam na tym drogocennym przedmiocie kubek i w dodatku z herbatą ekspresową. Uznano mnie za biedą dziewuchę, której nie stać na porządną herbatę, co za los?! Nikt nie skupił się na lekturze, a szkoda, bo uwielbiam Flanagana, świetny pisarz! Jeżeli chodzi o literaturę popularną, też czasem po nią sięgam i nie wstydzę się tego absolutnie, ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że na marne lektury szkoda mi czasu. Gusta są różne, a o tych dyskutować nie wypada, więc niech każdy czyta to, co mu odpowiada. Pozdrawiam serdecznie, a wolnej chwili zapraszam do mnie http://matkapolkaczytajaca.blox.pl/

    • Mateusz Augustyn

      Jeśli już o czymś wypada rozmawiać, to chyba tylko o gustach. O nauce nie wypada, bo zazwyczaj wyjdzie się na ignoranta. O poglądach politycznych rozmowa jest niebezpieczna, o poglądach religijnych, zwyczajach, obyczajach, stosunku do religii, zwyczajów i obyczajów o tyle trudno rozmawiać, że można kogoś zranić, albo być zranionym. Zostają więc rozmowy o filmach, książkach, komiksach i właśnie gustach.

  • Weronika Wicher

    Bardzo fajny tekst. Aż muszę wtrącić swoje trzy grosze. 😉
    Od dzieciństwa w moim otoczeniu funkcjonowały książki, chociaż jeżeli mam być szczera, to moi rodzice czytali raczej mało. Zaczynało się od wierszyków i bajek, a kończyło na czytaniu literatury młodzieżowej, która czytała mi wieczorami mama gdy miałam po 15-16 lat (mam młodsza o 8 lat siostrę, więc słuchałyśmy razem). W gimnazjum i liceum, książki z kanonu potrafiły mnie wciągnąć w całe serie, ale czytałam też komercyjne, poza kanonowe lektury.
    I dziwi mnie, że dziś nikt nie pamięta, że świetnym książkami dla chłopaków były przecież dzieła naszych polskich autorów – Pan Samochodzik i seria przygód Tomka Wilmowskiego – fantastyczne, wciągające i z nieszablonowymi historiami. Ja jako dziewczyna przeczytałam wszystkie tomy obydwóch serii. I często do nich wracałam. 😀
    W dniu dzisiejszym mam prawie 30 lat, w moim otoczeniu jest dużo osób czytających. Siedzimy w zupełnie rożnych światach literatury. Mam przyjaciółkę zaczytującą się w romansach, inną która lubi poradniki, fankę kryminałów, i można długo wymieniać. Żadna nie próbuje zmusić innej do czytania tego co ona. Bo wiedzą, że najważniejsze żeby czytać, cokolwiek. Ja sama siedzę w fantastyce bardziej klasycznej, uwielbiam wampiry (klasyczne ;), nie pogardzę też s-f i ostatnio zainteresował mnie stimpunk. Za to mój partner wczytuje się w fantastykę militarną, s-f i uwielbia Kinga. i jedno drugiego nie zmusza do czytania swoich książek. I nie krytykuje za wybory.
    Z racji uwielbiania wampirów przeczytałam „Zmierzch” i jedyne co mogę powiedzieć to że to nie dla mnie… Za dużo romansu, za mało akcji i krwi. Po prostu.
    Wiecie co mnie bardziej wkurza od szufladkowania ludzi ze względu na to jakie książki czytają? Szufladkowanie ze względu na to jakie mają pasję. Poza czytaniem jesteśmy z partnerem graczami. Gramy w gry planszowe, komputerowe i rpg. I nie jestem dziwakiem. Mam 30 lat i pracuje w administracji publicznej. I wiem, że można godzić bycie dorosłym z pasjami które w Polskim społeczeństwie uważa nie za dziecinne. I nie zamierzam zmieniać, że jestem jaka jestem. Co prawda nie zmienia to faktu, że nie chwalę się jak spędziłam weekend (siedząc w ciągu dnia 6h nad grą). 😉
    P.S. „Amerykańscy bogowie” – połknęłam w tydzień jakieś 9 lat temu i zaliczam ją do moich ulubionych. Może dlatego że mitologia (dowolna) i odniesienia do niej to jeden z moich ulubionych tematów. 😀

  • Wow, niezły tekst. Sowa się podpisuje i przekazuje dalej.

  • Świetny tekst i zgadzam się z każdym słowem. Do tego ciekawa obserwacja jeśli chodzi o tę literaturę dla nastolatków – chłopców. Faktycznie, może nie siedzę w tym tak głęboko żeby wiedzieć co się wydaje, ale tak na pierwszy rzut oka to mamy te mityczne Pany Samochodziki i Tomki a potem chyba długo długo nic.
    A to „nobilitowanie” się przez to, co się czyta widzę mocno, tylko wokół mnie najczęściej w wydaniu „czytam tylko non-fiction” lub „czytam tylko w oryginale” (to filologiczne kręgi 😉 ) Miałam okres kiedy faktycznie czytałam prawie wyłącznie po angielsku, ale potem doszłam do wniosku, ze jednak żaden język nie będzie dla mnie na tyle naturalny i bezproblemowy w odbiorze jak polski. I czytam po polsku, choć mogłabym po angielsku. Wstyd i hańba! Wyjątkiem są tu tłumaczenia tak złe, że zgrzytam nad nimi zębami, ale to się w sumie rzadko zdarza, na szczęście.

  • Łukasz Pilarski

    Tak w ogóle to ten cytat z recenzji Łotra Pirwszego to piękny materiał na notkę – o głupim dzieleniu kultury na segmenty, o „w tym wieku wypada poznawać tylko to i to”, o traktowaniu rozrywkowych rzeczy jak jakiegoś guilty pleasure, do którego nie wypada się przyznawać publicznie, o kategoryzowaniu mediów według wartości i znaczenia i jeszcze trochę. Tak tylko sugeruję, bo sam pewnie na to nie znajdę czasu i dobrej zahaczki.

    • Mateusz Augustyn

      Przecież wszystko dzieli się na segmenty i to jest bardzo słuszne. Tylko dzielenie na segmenty pozwala nam ogarniać rzeczywistość.

      • Łukasz Pilarski

        Nie w momencie, gdy dzieleniu towarzyszy „w tym wieku zamiast oglądać Stare Warsy i publicznie się z tego cieszyć wypadałoby czytać Ulissesa”, albo „medium X jest lepsze od Y, bo przez lata taki był consensus, mimo że oba diametralnie się różnią”.

        • Mateusz Augustyn

          To nie ma związku z dzieleniem. Dzielenie polega np. na tym, że są gatunki literackie jednoznacznie nastawione na rozrywkę np. powieść detektywistyczna, oraz literatura całkiem nierozrywkowa, którą czyta się z innych powodów niż odpoczynek po pracy. Nie oznacza to tego, że jak mam 35 lat to nie mogę przeczytać klasycznego kryminału z panią Marple i muszę męczyć się nad trudną literaturą nawet jak cały dzień wytężałem mózg nad skomplikowanymi zagadnieniami i jestem zmęczony.

          Raczej chodzi tobie o deprecjonowanie wartości rozrywkowej jaką może przynieść czytanie np. książki popularnej.

          • Łukasz Pilarski

            Obawiam się, że piszesz waćpan po próżnicy, bo mój komentarz odnosił się do cytatu z Jana Długosza i tego, co on implikuje, a nie podziałów jako takich.

  • Łukasz Pilarski
  • Martyna

    Myślę, że trafnie zauważyłaś, że kobiety pisarki są traktowane.. inaczej 😉 Jednak bierze się to niestety również z historii, bo jaką inną autorkę poznajemy w szkole omawiając literaturę renesansową, barokową, romantyczną (dopiero pozytywizm przyniesie sławę np. Orzeszkowej. Natomiast to, że czytanie popularne jest bardziej wśród chłopców, ale mało jest dla nich pozycji fantasy i sci-fiction – z tym się nie zgodzę 😉

    • Z jednej strony tak, a z drugiej literatura dziecięca/młodzieżowa to jedyny bodaj gatunek, w którym kobiety nawet w dawnych czasach nie musiały pisać pod męskim pseudonimem, by osiągnąć sukces (Beatrix Potter, Edith Nesbtt, Jean Webster). Były panie posługujące się bezosobowymi inicjałami (P.L. Travers, S.E. Hinton, J.K. Rowling), ale generalnie był to gatunek, w którym kobiety dopuszczano do głosu i sięgały po nie dzieci płci dowolnej 😉

  • Ja lubię czytać, uwielbiam i ciężko mi zrozumieć, że ktoś tego nie robi. Ale zazwyczaj nie staram się zrozumieć, bo po prostu mnie to nie obchodzi. Ktoś nie czyta, a maluje, pływa, rzeźbi? Wszystko w porządku. Wszystko nas rozwija. Ja im więcej czytam, tym lepiej piszę, to zaleta książki, której film mieć nie bedzie. Obcowanie ze słowami, tworzy nam nasz słownik. Obcowanie z filmem nie wiem co nam tworzy?

  • Bardzo dobry artykuł i zgadzam się ze wszystkim, co w nim napisałaś.
    Dodam do tego jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze w Polsce odsetek osób czytających książki zawsze był niski. Media po prostu rozdmuchują ten temat, w myśl zasady, że dobre wiadomości to złe wiadomości.

    Po drugie – co zawsze wkurza mnie w tych raportach – biorą one pod uwagę tylko czytanie książek. A przecież to, że ktoś nie czyta książek nie oznacza jednocześnie, że nie czyta wcale. Czy osoby, które przeczytały 52 książek w ciągu roku są lepsze od tych, które zamiast tego w tym samym czasie przeczytały na przykład 365 artykułów prasowych?
    Ba, napiszę nawet więcej – wydaje mi się, że w ostatnich latach, za sprawą internetu, czytelnictwo w Polsce (zwłaszcza wśród młodych ludzi) wzrosło. W końcu na prawie każdej stronie czai się news, post na blogu lub komentarz do przeczytania. Gdyby zamiast ilości przeczytanych książek liczyło się ilość przeczytanych słów, być może okazałoby się, że Polacy są najbardziej oczytanym narodem na świecie. 😉

  • Po czasie, więc i pokrótce – dodam dwa grosze poza przyznaniem, że się zgadzam z niemal całym wpisem. Grosz pierwszy: według mnie trzeba po prostu motywować pozytywnie, a nie negatywnie. Warto doceniać i zachęcać do lektur ambitnych, ale nie ma sensu zniechęcać i wyśmiewać za sięganie po (według nas) mniej ambitne. Drugi grosz: zawsze mnie dziwiło, że oczytanie tak często idzie w parze z brakiem empatii. Wydawałoby się, że rozległa znajomość literatury (zwłaszcza klasyków) otworzy oczy na różne perspektywy, ludzką różnorodność i przysporzy nieco współodczuwania. Prawda jest chyba po prostu taka, że siła literatury jest (jednak i niestety) ograniczona i kto bucem jest, bucem pozostanie – choćby i przeczytał Joyce’a, Manna i dziesięciu Dostojewskich.

Podobne posty