„Geekerella” Ashley Poston – Kopciuszek jedzie na konwent

30 maja 2017

Podczas gdy retellingi baśni od wielu lat tworzą pokaźny procent rynku literatury młodzieżowej, tematyka geekowska dopiero zaczyna na nim kiełkować. Ale widać, że robi to skutecznie. Nowy trend, który został wprowadzony do gatunku przez Fangirl Rainbow Rowell, rozrósł się już na tyle, że bezpiecznie można stwierdzić: „It’s a thing”. Skoro więc mamy YA odwołujące się do klasycznych baśni i takie, w którym ujście znajdą wszystkie emocje targające Tumblrem, dlaczego by tych dwóch rzeczy nie połączyć? Tak właśnie pomyślała Ashley Poston. I napisała Geekerellę.

W retellingach w rodzaju Geekerelli najciekawsza jest możliwość odkrywania kolejnych nawiązań i kontekstów wynikających z materiału źródłowego. Tutaj książka daje nadzieję na sporo zabawy i rzeczywiście można mieć frajdę z tego, że główna bohaterka na bal podróżuje food trackiem o nazwie Magiczna Dynia. Przy okazji trzeba niestety przymknąć oko na całe dobrodziejstwo young adultowego inwentarza – Geekerella miejscami bywa naprawdę przyjemna, ale popełnia te same błędy, które tak bardzo denerwują w większości młodzieżówek: pretekstowość fabuły razi, instalove irytuje, a psychologiczna niewiarygodność bohaterów przyprawia o wywracanie oczami. Niemniej jednak da się przy tej książce nie męczyć, gdy przekona się własny mózg, że serwowane przez scenariusz bzdurki są tak bardzo głupie, że aż fajne.

W tej wersji historii bohaterka, Danielle (Elle), nie jest córką niezidentyfikowanego bogacza z baśniowego settingu, ale sierotką po założycielach ExcelsiConu – konwentu poświęconego serialowi Starfield, za którym cały fandom w powieści wprost szaleje. Po śmierci rodziców Danielle mieszka (a jakże) z wstrętną macochą i przyrodnimi siostrami, których całe złolstwo (i to jest zdecydowanie mój ulubiony motyw w całej książce) polega na tym, że są vlogerkami urodowymi.  Jest coś niesamowicie zabawnego w tym, że vlogerzy są w tej książce wcieleniem zła, a sama Danielle jest, bardziej tradycyjnie, autorką małego, niezbyt poczytnego bloga o Starfield. Dni światłości jej tekstów nadchodzą w momencie ogłoszenia wyników castingu do filmowego rebootu serialu. Oto bowiem okazuje się, że główną rolę kapitana Carmindora otrzymuje bożyszcze nastolatek z opery mydlanej, Darien Freeman, o czym Danielle pisze wściekły rant na swoją stronę. Tekst błyskawicznie podłapują media w całym kraju i obwołują go naczelnym głosem sprzeciwu w fandomie. W tym momencie wstrząsnął mną pusty śmiech, bo po pierwsze: Danielle pisze swój wpis w ciągu 15 minut przed wyjściem do pracy (w swojej blogowej karierze nigdy nie napisałam niczego w ciągu 15 minut, a nawet gdyby mi się udało, nie wierzę, żeby nadawało się to do czytania), a po drugie: nie wiem, co to za alternatywny świat, w którym media przejmują się wpisami z podrzędnych geekowskich blogów zamiast zlecić własnym redaktorom napisanie tekstu na dany temat. W świecie Geekerelli media nie tylko to robią, ale jeszcze posługują się tytułami w rodzaju „Elokwentna reakcja fanki na casting Starfield”. Oh my special, special snowflake!

geekerella

Żeby uczynić Kopciuszka Kopciuszkiem potrzebujemy balu. Tutaj balem jest konkurs cosplayowy na ExcelsiConie. A główną nagrodą – możliwość spotkania z Darienem. Oczywiście nie taka myśl przyświeca Elle, gdy postanawia wziąć w konkursie udział. Dla niej sama możliwości pojechania na konwent, który w końcu jest takim niby-dzieckiem jej rodziców, to sposób na udowodnienie własnej wartości i pierwszy krok na nowej ścieżce życia z dala od toksycznej macochy. No i wiąże się z tym też możliwość spotkania tajemniczego ukochanego, z którym bohaterka SMS-uje przez cały miesiąc, z każdą wiadomością zakochując się w nim coraz bardziej, a jednocześnie nie wiedząc o nim nic poza tym, że tak samo jak ona jest totalnym geekiem i fanem Starfield. Co w dzisiejszym świecie może równie dobrze oznaczać, że jest czterdziestopięcioletnim roznosicielem pizzy, który zamawia przez internet pluszowe kucyki z dziurą w tyłku, ale umówmy się, że Geekerella nie jest książką, która ma ostrzegać nieletnich przed niebezpieczeństwami Internetu.

Oczywiście, że mamy w Geekerelli romans. Taki na miarę każdej innej powieści młodzieżowej. I ten romans jest niestety najsłabszym ogniwem książki, bo czyni większość fabuły jedynie pretekstem do rozkochania w sobie bohaterów. I prędzej dam się przypalać rozgrzanym żelazem, niż przyznam, że SMS-y to wiarygodny sposób na nawiązanie romantycznej relacji, nawet w young adult, które romantyczne głupoty chłonie jak gąbka, ale sorry, są jakieś granice. Można jeszcze dać się złapać na to, że ze wszystkich mężczyzn na świecie, tajemniczym interlokutorem Elle jest właśnie Darien Freeman, bo w świecie młodzieżówek prawo prawdopodobieństwa działa nieco inaczej (Darien w rozmowach z Elle szuka zagubionego poczucia własnej wartości. Bo w tej książce bożyszcze Hollywoodu jest zakompleksiony, nie wierzy w siebie i ma problem z tym, że jego ojciec-manager ubezpieczył mu sześciopak). Nie jestem w stanie uwierzyć w prawdziwe uczucie pomiędzy bohaterami, a tym bardziej w wybuch emocji, który nawiedza ich przy okazji pierwszego spotkania na żywo, bo w tym momencie widać, że autorce już totalnie się nie chce, skoro widząc się pierwszy raz na oczy i rozmawiając przez pięć minut bohaterowie myślą jednocześnie „nie znam tej osoby, ale czuję jakbym ją znał(a) przez całe życie, dlaczego ona brzmi tak blisko i znajomo?”. To jest ten moment, w którym wyciągam łapę po papierową torbę, co by się do niej z jękiem zbełtać, a niestety w powieści aż się roi od takich słodko-pierdzących, zatrważających w swojej głupocie momentów.

Mam spory problem ze współczesnymi adaptacjami Kopciuszka, głównie dlatego, że podstawowe elementy jego historii są nie do przełożenia na nasze obecne realia. Albo inaczej – ich efektywne przełożenie wymaga od autora nieco więcej pracy i inwencji wykraczającej poza bezrefleksyjne przepisanie schematu na XXI wiek. Bo w dzisiejszych czasach wątpliwym jest, aby zdrowa na umyśle nastolatka dała się wykorzystywać wstrętnej macosze jak niewolnica, tym bardziej, że korzystając z Internetu (a tym bardziej – z Tumblra!) miałaby jednak większą świadomość swoich praw niż niewyedukowany kocmołuch z bajki. Nie wspominając już o organach opieki społecznej. Trochę też rażą takie niuanse jak ten, że obecnie młodzież częściej jednak komunikuje się Messengerem czy WhatsAppem, a SMS-y odchodzą do lamusa.

Jeśli chodzi o czerpanie z tematyki fandomowej Geekerella popełnia ten sam błąd co Fangirl Rowell – próbuje stworzyć fikcyjną franczyzę, kopiując z istniejących tytułów, zamiast wymyślić coś własnego. Starfield jest niczym innym jak wypadkową Star Treka, Doktora Who (bo był nadawany w okolicach lat 60.), Firefly (bo został skasowany przedwcześnie ku rozpaczy fanów) i Gwiezdnych Wojen (bo Carmindor i księżniczka Amara to po prostu Han Solo i Leia). Jest to tym bardziej kuriozalne, że w świecie książki wszystkie wspomniane dzieła popkultury również istnieją i żaden z bohaterów nie zauważył, że Starfield jest ich bezwstydną kopią. Ashley Poston ma więcej problemów z oryginalnymi pomysłami, co uderza dopiero wtedy, gdy zdamy sobie sprawę z tego, że autorka dość mocno czerpie z wcześniejszych ekranizacji baśni o Kopciuszku – w końcu główna bohaterka o imieniu Danielle pojawiła się już w Długo i szczęśliwie z Drew Barrymore (to mój ulubiony Kopciuszek wszech czasów, tak tylko nadmienię), tak samo zresztą jak koncept jednej z przyrodnich sióstr, która staje po stronie Kopciuszka. Co więcej, jeśli przyjrzymy się kreacji macochy Elle, okazuje się ona być bardzo podobna do tej stworzonej przed Jennifer Cooliodge w A Cinderella Story. 

Z drugiej jednak strony da się w Geekerelli odnaleźć próby poruszenia tematyki bliskiej dla internetowego fandomu, z którego wywodzi się autorka. Nie da się nie zauważyć, że Poston świadoma jest braków, jakie zazwyczaj zarzuca popkulturze równościowo uświadomiona część fanów. Dlatego Darien jest ciemnoskóry, tak samo jak oryginalny Carmindor, w świecie książki przedstawiany jako przełomowa postać w popkulturze. Dodatkowo w tle pojawia się kilka wątków homoseksualnych – Sage, czyli zielonowłosa i obkolczykowana alternatywa dla Matki Chrzestnej  z food tracka nie ukrywa, że jest lesbijką i na koniec udaje się jej wyhaczyć jedną ze złych sióstr Kopciuszka. Dodatkowo powieść próbuje poruszać kwestie bardzo często pojawiające się w wewnętrznych dyskusjach fandomu: dostajemy dialog o fake geek girls czy o tym, kto może być prawdziwym fanem. Przy czym wspomniane sceny nie zawsze stawiają Danielle w pozytywnym świetle, bo o ile sprzeciwianie się łatkom fake geek girl jest słuszne, to przeczy mu wcześniejsze wkurzanie się na przyrodnie siostry za to, że interesują się rebootem Starfield tylko ze względu na Dariena Freemana, a nawet nie oglądały oryginalnego serialu.

Ostatecznie wychodzi na to, że Geekerella tylko dokłada się do lotnego trendu, ale w żaden wyraźny sposób go nie zmienia, o rewolucji już nie wspominając. Na prawdziwą młodzieżową powieść geekowską przyjdzie nam jeszcze poczekać.

geekerellaGeekerella

Ashley Poston

Quick Books

Liczba stron: 320

  • Czekaj, czy ja dobrze zrozumiałam i w tej książce złe siostry też dostają szczęśliwe zakończenie (w porównaniu z oryginalnym, w którym kruki im wydziobały oczy)?

    • Szęśliwe zakończenie dostaje jedna, ta, która przechodzi na stronę Elle i przeprasza ja, że była zimną suką. Drugą kończy upokorzona w Internecie, bo próbuje przekonać swoich fanów, że to ona była tajemniczą księżniczką, z która na balu tańczył Darien 😉

      • I teraz kluczowe pytanie, którą z nich wyrwała Matka Chrzestna :)? Bo zgaduję, że tę pierwszą, ale autorzy czasami mają zdumiewające pomysły.

  • Jednocześnie zachcialo i odechciało mi się czytać 😀

    • I to jest najlepsza jednozdaniowa recenzja tej książki.

      • *kłania się*
        Słuchałam sobie jeszcze, jak opowiadałaś o Geekerelli w Myszmaszu. Przezabawne rzeczy!

  • Rainbow Rowell, dwa R, aliteracja, to nie japoński.

    Also, dopisuję Geekarellę do listy to-read. Wygląda na lekturę w sam raz na wakacje.

  • Gdybym czytała opis fabuły mniej uważnie, pomyślałabym, że to przeciętne anime i właśnie naszła mnie refleksja że co ja robę ze swoim życiem jeśli regularnie oglądam takie historie.
    Zachęciłaś mnie, dopiszę do wishlisty, ale wolałabym kupić polską wersję dostosowaną cenowo do naszych warunków 😉

  • Czekam na książkę, w której przestaną stygmatyzować postaci za to, że a) są atrakcyjne fizycznie, b) interesują się modą.

Podobne posty