Pisk nerda, płacz korektora – „Gwiezdne Wojny – jak podbiły wszechświat?” Chrisa Taylora

10 stycznia 2016
 Jest taki typ książek, za które zabieram się jak pies do jeża i są to reportaże o bliskich mi gałęziach popkultury. W takich chwilach przemawia przeze mnie wrodzony sceptycyzm i automatycznie zakładam, że autor na pewno nie odrobił zadania domowego i potraktował temat po łebkach; że wywodzi się spoza danego kręgu popkulturowego, a wejście do jego środka traktuje jak kręcenie filmu przyrodniczego dla Animal Planet; że fani są dla niego jak egzotyczne zwierzęta, od których wyciąga się intymne wyznania tylko po to, aby chwilę później obśmiać je na marginesie. Być może skrzywiły mnie lata czytania książek podróżniczych o Japonii (Joanno Bator – oskarżam cię!) i naszych rodzimych tygodników opinii, silących się na wnikliwe analizy tematów, o których nie mają pojęcia. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że żadnej z takich pozycji nie udało się mnie zaskoczyć. Bo Taylorowi się udało.

Autor zabiera nas w długą, liczącą ponad pół tysiąca stron (parseków?) podróż od zarania Gwiezdnych Wojen i stojących za nimi inspiracji, aż do przedednia premiery Przebudzenia Mocy, tutaj przepełnionego pytaniami, obawami i wielką nadzieją (także najlepiej było książkę czytać kilka tygodni temu. Cóż, jak zwykle się spóźniłam). Postacią centralną swojej opowieści czyni (a jakże) George’a Lucasa i choć nie jest to książka wyłącznie o nim, wszystkie opisane wydarzenia orbitują słynnego Twórcy, nawet wtedy gdy z biegiem lat jego własna franczyza zaczyna spychać go do kąta, a w końcu całkiem się go pozbywa.

Wypada teraz uderzyć się w pierś, pisząc, że ostatnią rzeczą jaką można by Taylorowi zarzucić jest pisanie po łepkach. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że autor sprawdził każde możliwe odniesienie do gatunku science-fiction i fantasy, aby fenomen Star Wars umieścić w odpowiednim kontekście kulturowym i przybliżyć czytelnikowi wszystkie źródła, które mogły zainspirować jego powstanie. Piszę „mogły” ponieważ Taylor wydaje się swoich teorii aż nazbyt pewny, a jakoś zawsze robię się podejrzliwa, gdy osoba, która nigdy nie była w głowie danego twórcy zaczyna z niezmąconą pewnością diagnozować źródła jego inspiracji. Niemniej jednak należy autorowi oddać honor za godziny researchu, który poświęcił na badanie Flasha Gordona, Złotej Gałęzi Frazera i klasycznych komiksów sci-fi.

To w sumie ciekawe w jaki sposób reportażyści podchodzą do postaci Wielkich Twórców. Forma książki niejako wymusza na nich prześledzenie całej artystycznej drogi geniusza, wraz z wyrokowaniem, czy jego sukces podyktowany był łutem szczęścia, prawdziwym talentem czy też może tytaniczną pracą. Tylor w swojej książce powstrzymuje się od jednoznacznych ocen, ale pisząc o procesie twórczym Lucasa nie ucieka się do bezrefleksyjnego wystawiania mu złotego pomnika (a wypada dodać, że Tylor jest ogromnym fanem Gwiezdnych Wojen, więc z pewnością ma na temat twórcy SW własne zdanie). Mało tego, niejednokrotnie podkreśla, że Lucas pozostawiony sam sobie zapewne nie potrafiłby dostarczyć nam oryginalnej sagi w takiej formie, w jakiej ją obecnie znamy. Z jego tekstu wyłania się niejednoznaczny obraz Twórcy – chorobliwego pracoholika, który nie zawaha się ryzykować własnym zdrowiem i majątkiem, aby doprowadzić projekt do końca i nieoszlifowanego autora, który nie potrafi samodzielnie przenieść na ekran historii powstałej w jego własnej głowie.

Fragmenty, w których Tylor po kolei streszcza kolejne wersje scenariuszy oryginalnej sagi są jednymi z ciekawszych rozdziałów w książce. Czytając pierwsze pomysły Lucasa na historię rodu Skywalkerów (czy też pierwotnie – Starkillerów) można złapać się za głowę, widząc jak bardzo były sztampowe i pozbawione polotu. Na swoje (i nasze) szczęście Lucas miał na tyle samozaparcia i pomocy ze strony innych filmowców, że ostateczny rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania nie tylko całej ekipy, ale i wytwórni (anegdota o tym, jak studio oddało mu w kontrakcie zyski z gadżetów, nawet nie zastanawiając się nad ich kolosalną wartością, przeszła już do legendy jako jedna z największych biznesowych wtop stulecia). Ale to były inne czasy – wtedy Lucas był tylko reżyserem dziwnego space fantasy i aktorzy nie powstrzymywali się przed pyskowaniem mu na planie, ani przed sugerowaniem własnych zmian w dialogach (autorem najsłynniejszych improwizacji był tutaj bez wątpienia Harrison Ford). Tylor poświęca mnóstwo miejsca na opisanie wydarzeń z planu pierwszych filmów, atmosfery w studiu i stosunków pomiędzy poszczególnymi osobami biorącymi udział w projekcie. Dzięki temu czytelnik bez trudu może zauważyć wyraźny kontrast pomiędzy produkcją starej i nowej trylogii – tą drugą książka zajmuje się mniej szczegółowo, skupiając się bardziej na postawie samego Lucasa i aktorów. Nie trudno również zauważyć, że autor książki nie jest fanem części I-III, jednak swoje opinie podpiera odpowiednimi analizami, wykazując chociażby jak zainteresowania Lukasa skupiały się wtedy bardziej na technicznych aspektach kręcenia filmu (stwierdzenie, że George był zakochany w możliwościach, jakie oferowało CGI nie odda w pełni skali jego fascynacji efektami komputerowymi) niż na aktorstwie i dialogach (co w dużej mierze tłumaczy mierny występ całej ekipy – z książki wynika, że od aktorów po prostu niczego się nie wymagało, a im samym brakowało odwagi aby wzorem Forda rzucić Lucasowi w twarz, że „jego dialogi to gówno”).

Na całe szczęście Tylor nie zapomina o tym, że fenomen Star Wars to nie tylko filmy, ale przede wszystkim fandom. Dlatego ogromna część książki poświęcona jest samym fanom – cosplayerom z Legionu 501, inżynierom, którzy budują własne R2D2, uczestnikom konwentów i tym, którzy rozbijali obozy pod kinami w oczekiwaniu na premiery kolejnych części sagi. Te fragmenty czytało mi się zdecydowanie najprzyjemniej, zwłaszcza, że autor nie ograniczał się do suchego wyliczania faktów, ale zabierał również głos w dyskusjach, które od lat rozpalają fanowską społeczność, poczynając od zmian wprowadzanych do filmów przy wydaniach na DVD, przez konflikt pomiędzy fanami starej i nowej sagi, aż po najpopularniejsze przykłady internetowej publicystyki (o Machete Order wspominałam również tutaj, w osobnej notce o Star Wars). Fragmenty wyraźnie fanowskie przeplatają się z rodziałami o produkcji filmów, chronologia jest więc nieco zaburzona i mogłoby się wydawać, że Tylor skacze jak żaba od tematu do temau, ale przyznam, że przez to książkę czytało się jeszcze lepiej, bo zmieniała wątek dokłądnie w tym momencie, w którym dotychczasowy mógł nas zacząć nudzić.

A to tylko jeden z całego mrowia błędów
A to tylko jeden z całego mrowia błędów

Przejdźmy jednak do tych mniej pozytywnych wrażeń. Otóż w polskim wydaniu Gwiezdne Wojny – jak podbiły wszechświat? wprost roi się od błędów. Po pierwsze kuleje tłumaczenie. W kuluarach krążą plotki, że wydawnictwo szukało jelenia, który zgodzi się przetłumaczyć całość w trzy tygodnie (przypominam – całość liczy ponad 500 stron) i to niestety widać. Wyczerpującą listę błędów wyliczył autor bloga Pan Optykon na swoim fanpage’u. Ja pozwolę sobie jedynie wspomnieć o tym, że Order 66 został tu przełożony na „Zakon 66” (sic!), co tylko kolejny raz udowadnia, że nawet do tłumaczenia reportażu o czymś tak trywialnym jak Gwiezdne Wojny należy zatrudnić tłumacza, który choć trochę zna się na temacie. Jakby tego było mało, książka zdaje się być wydana w takim pośpiechu, że zapomniano w niej o korekcie i redakcji – zdarzają się tu zdania tak kuriozalne, że mogłyby posłużyć za internetowe memy, są tu błędy ortograficzne, niepoprawne rozdzielanie wyrazów myślnikiem, a nawet (coś z czego uśmiałam się najbardziej) komentarze od pierwszego korektora zostawione w tekście – w jednym zdaniu pojawiło się nadprogramowe polecenie „usunąć”.


Kończąc bardziej optymistyczną nutą – książka Taylora to idealna pozycja zarówno dla zatwardziałych fanów Star Wars jak i dla tych, którzy nigdy nie wyszli poza filmy i nie rozumieją o co chodzi w całym hejcie na nową trylogię, ani czym jest Expanded Universe, a hasło „Han strzelał pierwszy” nic im nie mówi. I chciałabym móc z czystym sercem wam ją polecić. Problem polega na tym, że nie mogę. Albo inaczej – nie mogę polecić wersji, która dla większości z was byłaby łatwiej przyswajalna, czyli wersji polskiej. Jeśli nie chcecie się co chwilę łapać się za głowę w czasie lektury albo marnować czasu na doszukiwanie się sensu w koślawo poskładanych polskich zdaniach, sięgnijcie po wersję oryginalną. A to w jakim stanie ta pozycja trafiła na księgarskie półki przejdzie chyba do legendy przemysłu wydawniczego, bo nigdy w życiu nie widziałam aby wydawnictwo tak szanowne jak Znak pozwoliło sobie na taką fuszerę.

gwiezdne-wojny-jak-podbily-wszechswiat-b-iext30058828Chris Taylor

Gwiezdne Wojny – Jak podbiły wszechświat?

ZNAK, 2015
Liczba stron: 554

Podobne posty