Powrót w wielkim stylu – „House of Cards” sezon czwarty

16 marca 2016

Do najnowszego sezonu House of Cards siadałam z mieszanką oczekiwania i obawy. Trzeci sezon wyraźnie odstawał formą od poprzednich i w ostatecznym rozrachunku mocno rozczarowywał – oglądanie w nim Underwoodów na samym szczycie, niejako pozbawionych wyzwań, a jedynie okopujących się na swoich pozycjach pozbawione było tego napięcia, które znaliśmy z poprzednich odcinków i nadwyrężyło moje zaufanie do scenarzystów. Dało się wtedy odczuć, że „trójka” ma być wprowadzaniem do wielkich wydarzeń, które zobaczyliśmy w sezonie czwartym – ostatecznej walki o nominację w partii demokratycznej, a w końcu i samych wyborów prezydenckich. Wobec tego – czy w najnowszym sezonie HoC udało się powrócić na dawne wyżyny? Na całe szczęście – tak.

Dziękuję bardzo Netflixie – przeprosiny przyjęte. [uwaga na nisko fruwające spoilery]

Najnowsza odsłona kariery najbardziej demonicznego prezydenta w historii fikcyjnej Ameryki została wyraźnie podzielona na dwa części. Pierwsza z nich skupia się na tak długo wyczekiwanym przeze mnie konflikcie pomiędzy Frankiem i Claire, którego ostateczną zapowiedź zobaczyliśmy w finale trzeciego sezonu. Claire dumnie opuszczająca chłodne apartamenty Białego Domu pozwoliła mi liczyć, że w tym sezonie otrzymam w końcu to, czego nie mogłam się doczekać od momentu, gdy Frank triumfalnie „odpukał” w stół w Gabinecie Owalnym – oddechu bezlitosnej karmy na jego cholernym, dyktatorskim karku.

Konfrontacje pomiędzy prezydenckim małżeństwem były jednymi z najbardziej satysfakcjonujących scen w całym sezonie. W zimnej jak stal ciszy i przy wyrachowanych uprzejmościach, na ekranie rozgrywał się konflikt pozornie w mikroskali, po prawdzie jednak niczym nie ustępujący najbardziej bezpardonowym działaniom na wojennym froncie. Okazuje się, że Underwoodowie nawet w wojenkach ze sobą nawzajem nie stosują półśrodków i nie bawią się w subtelności – wbijają sobie noże w plecy, podkładają świnie, szantażują, prowokują i okładają pięściami – i to nie tylko metaforycznie, bo wizje Franka, w których rzuca Claire na lustro i miażdży jej twarz pokazują nam dokładnie, co najchętniej zrobiłby żonie, gdyby świat polityki nie przywiązywał tak wielkiej wagi do konwenansów. Myli się jednak ten, komu wydaje się, że rozpad w związku pierwszej pary USA oznacza koniec słynnego politycznego tandemu. Claire od zawsze była godną partnerką, a w tym przypadku także i jedyną przeciwniczką swojego męża, nie oznacza to jednak, że walczy z nim z altruistycznych pobudek. Claire ma własne polityczne motywacje i w tym sezonie w końcu krystalizują się one w formie najbardziej odpowiedniej pozycji dla tak politycznie ambitnej jednostki – nie dla niej bankiety, dostojne wypadanie razem na zdjęciach i funkcja reprezentacyjna. Tak jak i w prywatnym życiu Pani Underwood również i w przestrzeni politycznej najlepiej czuje się u boku męża. Najlepiej w roli wiceprezydenta.

Podejrzewam, że nie tylko mnie trochę zmroził ten pomysł. Akurat w naszym kraju polityczny nepotyzm przywodzi na myśl jak najgorsze skojarzenia. Możliwe, że w USA niekoniecznie – wystarczy spojrzeć na drugiego Clintona maszerującego dzielnie w kierunku Białego Domu. Niemniej jednak pomysł aby Claire kandydowała razem z Frankiem jako jego bezpośredni zastępca (a w razie jego śmierci – następca) zarówno wśród bohaterów serialu jak i widzów musiał pozostawić pewien nie smak. Argumenty sztabowców, próbujących przekonać Underwoodów, że to beznadziejna strategia są jak najbardziej trafione – Claire nie ma politycznego doświadczenia i nigdy nie została wybrana na żaden polityczny urząd. W związku z tym twórcy tak lawirują pomiędzy politycznymi kryzysami, aby udowodnić nam, że chłodna kalkulacja wszystkich „za” i „przeciw” przechyla jednak szalę na stronę Pierwszej Damy. Niekoniecznie w wymiarze czysto profesjonalnym – pod koniec wątku Claire pozostaje tak samo odarta z praktycznego doświadczenia jak na jego początku, ale trudno nie przyznać, że zdolności do kombinowania, intryg, napuszczania jednych krajów na inne i rozwiązywania problemów geopolitycznych ma lepsze niż niejeden rasowy parlamentarzysta i chociażby to można uznać za kwalifikacje wystarczające na stanowisko wiceprezydenta (aż chciałoby się, żeby w pewnym momencie i ona zaczęła się bezpośrednio zwracać do widza. Tak na to liczyłam!).

Beau Willimon, dotychczasowy twórca i główny showrunner serialu (w przyszłym sezonie zastąpią go Melissa James Gibson i Frank Pugliese, którzy pracowali wcześniej przy HoC jako scenarzyści), wyraźnie wsłuchał się w głosy krytyki po sezonie trzecim i zamiast nurzać się w stagnacji i miałkim, politycznym sosie, wrócił do nagłych zwrotów akcji, na których serial bazował wcześniej. Nie powiem – zupełnie nie spodziewałam się tego, co wydarzyło się w czwartym odcinku i to był właśnie ten moment, w którym zaczęłam odczuwać, że HoC wraca na dawne tory. Wątek zamachu na prezydenta pozwolił twórcom przypomnieć nam, że bynajmniej nie zapomnieli o wydarzeniach z wcześniejszych sezonów – w halucynacjach Franka powracają Zoe z Russo, a w politycznych intrygach co rusz wyskakują nam postaci związane z głównymi intrygami wcześniejszych odcinków: Petrov (sezon trzeci), Raymond Tusk (sezon drugi), a w końcu i prezydent Walker. Dokładnie tego brakowało mi w poprzednim sezonie – ciągłego przypominania Frankowi, że bądź co bądź, jego knucie zostawia za sobą okruszki, które w każdej chwili mogą zostać wykorzystane przez jego przeciwników.

A tych tutaj nie brakuje. Jedni wciąż podgryzają od niechcenia (Petrov), niektórzy pokonani opuszczają plac boju (Dunbar to taki trochę Ned Stark – wiecznie musi być uczciwa i transparentna, a na końcu i tak kończy bez głowy), ale znajdą się też tacy, którzy (nareszcie!) mogą stanąć z Frankiem do równego pojedynku. Tak desperacko wyglądana przeze mnie wcześniej karma zmaterializowała się tu częściowo w osobach dziennikarzy – Lucas odpłacił się Frankowi bezpośrednio, przestrzelając mu wątrobę i choć nie miał szans na wyjście cało z tej konfrontacji, pozwolił aby na pierwszy plan wysunął się Tom Hammerschmidt, dając mi nadzieję na to, że (w końcu!) ktoś zacznie szukać luk w całej misternie utkanej przez Franka sieci manipulacji. Tom to dla mnie taka trochę tragiczna postać – trójka jego podopiecznych straciła życie (Zoe, Lucas) albo zdrowie i karierę (Janine) przez historię, którą przez tak długi czas bagatelizował. Co ciekawe nadal nie wierzy on w to, aby Underwood był w stanie zamordować swoje ofiary. Nie przeszkadza mu to jednak napisał artykułu, który może prezydenta na zawsze zniszczyć – scena ich pełnej napięcia i ukrytych gróźb rozmowy w Białym Domu jest jedną z najlepszych w całym sezonie. Satysfakcja z niej płynąca opiera się na tym rzadkim zjawisku w HoC, kiedy to pojawia się bohater, który Franka się nie boi, a jednocześnie nie może zostać przez niego cichaczem usunięty (pod tym względem całkowitą porażkę poniosła za to Cathy Durant, która okazała się być jedynie pieskiem na bardzo krótkiej smyczy, a szkoda – rozmowa, w której Underwood wyznaje jej swoje zbrodnie, tylko po to aby chwilę później obrócić wszystko w żart była jedną z tych, podczas których praktycznie zapomniałam jak się oddycha. Liczyłam na to, że klon Hillary będzie tu nieco bardziej nieugięty).

Na tym jednak lista wrogów Franka się nie kończy. W drugiej połowie sezonu na głównego przeciwnika pary prezydenckiej wyrasta republikański kandydat na prezydenta, czyli Will Conway (w tej roli Joel Kinnaman). Tu twórcy znowu przypomnieli sobie, że Underwood w trzecim sezonie zrobił się trochę zbyt boski i najwyższy czas, aby ktoś boleśnie sprowadził go na ziemię. Conway posiada wszystko to, co zieje pustką w chłodnym i wykalkulowanym wizerunku Franka i Claire – dwójkę uroczych dzieci, piękną, uśmiechniętą żonę skupioną na pociechach, a jednocześnie rozgarniętą życiowo, rozeznanie w mediach społecznościowych i otwartość działającą na młodszych wyborców. Jednocześnie okazuje się też być bardzo zdolnym politykiem i dokładnie wie, jak wykorzystać wszystkie swoje atuty – z jednej strony niemal nachalnie relacjonuje swoją działalność na Instagramie, z drugiej zaś potrafi manipulować wynikami w wyszukiwarkach, w taki sposób, aby wypromować swoją kandydaturę. A jak na kandydata republikanów przystało odwołuje się do wiecznie zagrożonego amerykańskiego poczucia bezpieczeństwa, wzywając do działania przeciwko fikcyjnej odmianie ISIS – ICO (Islamic Caliphate Organization).

Scenarzyści HoC jak zwykle trzymają rękę na pulsie wpisując w fabułę serialu wątki bezpośrednio odwołujące się do obecnej sytuacji geopolitycznej. W czwartym sezonie dostajemy więc nie tylko odpowiednik państwa islamskiego, ale i podsłuchiwanie obywateli przez amerykański rząd oraz kontrolę Internetu. Wprowadzenie na scenę islamskich terrorystów prowadzi nas do wielkiego finału, w którym ponownie przekonujemy się, że dla Underwoodów liczy się jedynie władza w czystej postaci i gdy ktoś lub coś próbuje im ją wyrwać z ręki, nie cofną się przed niczym aby utrzymać się na górze. W związku z tym finałowy odcinek roztacza przed nami dwie skrajne wizje – w pewnym momencie jesteśmy wręcz pewni, że okręt F.C.Underwood musi pójść na dno i nic już go nie uratuje przed klęską. Tymczasem kilka ostatnich minut pozwala bohaterom na zrzucenie masek i wyciąga na wierzch ich najbardziej demoniczne oblicza. Ostatnie ujęcie z Claire i Frankiem patrzącymi głęboko w oczy widza, zostawiło mnie w takim stanie, że miałam ochotę nalać sobie kielicha, zapalić papierosa i bez jakichkolwiek złudzeń, zadumać się gorzko nad kondycją współczesnej sceny politycznej (ogólnie wydźwięk końcówki jest tak subtelny jak strzał w twarz z dubeltówki, tyle wam powiem).

I paradoksalnie, kiedy emocje już opadły, dotarło do mnie że właśnie z tą końcówką mam największy problem. Ponieważ IMHO brawurowy plan Underwoodów, od razu przedstawiony tak, jakby już zakończył się sukcesem, ma sporo luk. Gorzej – wygląda jak ser szwajcarski. Oto jak prezentuje się sytuacja Underwoodów w ostatnim odcinku serii (przechodzimy do sekcji mocno spoilerowej): do wyborów został tydzień, Frank przegrywa z Willem w sondażach, a jego polityczna pozycja zapada się pod ciężarem opublikowanego właśnie artykułu Hammerschmidta (w którym, przypomnijmy, obciążające oskarżenia pod adresem prezydenta wysuwają: Remy Danton, Jackie Sharp i Garrett Walker). Jakby tego było mało, jego ludzie zawalili na całej linii i nie zdołał odnaleźć kryjówki terrorystów, w której przetrzymywany był ostatni z zakładników. Medialnie Underwood jest stracony. Na jaki pomysł wpadają więc z Claire? Wypowiadają terrorystom wojnę.

HoCs4

Pytanie moje brzmi – w jaki sposób ma im to niby pomóc? Oboje rozmawiają ze sobą tak, jakby przed zmianą kadencji mieli zamiar wprowadzić w kraju co najmniej dyktaturę. Tymczasem deklaracja wojny padła jedynie w medialnym przekazie i zakładam, że jakiekolwiek oficjalne działania muszą być zaakceptowane przez kongres. A jaki kongres wypowie wojnę w imieniu upadającego przywódcy i to na tydzień przed zmianą warty? Czy Underwoodowie zakładają, że ich nagły wyskok (nieuzgodniony absolutnie z nikim, a tym bardziej z ich własnym sztabem) pozwoli im nadrobić straty w czasie wyborów? Serio? W kraju, który do dzisiaj nie otrząsnął się po inwazji na Irak? Szczerze wątpię w to, aby serialowemu amerykańskiemu społeczeństwu tak bardzo spieszyło się do wysyłania kolejnego pokolenia na Bliski Wschód. Powracając do wizji tonącego okrętu – plan Franka wygląda jak osuszanie ostatniej szalupy z pomocą naparstka.

Dlatego właśnie ostatnie sceny wydają m się kuriozalne – demoniczne i mrożące krew w żyłach, ale nadal mocno przeszarżowane scenariuszowo (kto wie, może Willimon chciał zostawić po sobie ostatnie „pierdolnięcie”). Nie zmienia to jednak faktu, że cały sezon wypada znakomicie, a House of Cards wróciło na poziom znany nam z jego triumfalnych początków. I choć wydaje się, że niby nic się nie zmieniło, bo małżeństwo Underwoodów wciąż tkwi na swoim wyszarpanym wrogom szczycie, otwarte zakończenie pozwala zakładać, że w przyszłym roku zobaczymy ich bezpardonową walkę o utrzymanie się na powierzchni. Już teraz widać, że ich prezydencki pałacyk zapada się pod własnym ciężarem – kogoś tu za niedługo bardzo zaboli upadek.

  • Emilia Baczynska

    Nie powinnam była czytać, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby chociaż tak jednym oczkiem nie oblukać (spoilery). No i mam, chrapkę na całość mam 😉

  • przyznaje, że nie ciekawi mnie ten serial 🙂 choć nie stawiam na nim krzyżyka bo a nóż widelec kiedyś mnie wciągnie 😀

  • nie znam, może za jakis czas obejrzę. Teraz nadrabiam Dextera- potrzebowałam kilku lat żeby po niego sięgnać 🙂

  • Nigdy tego nie oglądałam, ale lubię tego aktora z prawej strony na górnym zdjęciu :), więc być może zacznę ten serial kiedyś oglądać. Pozdrawiam

Podobne posty