Wołanie o karmę na pustyni, czyli o trzecim sezonie „House of Cards”

17 marca 2015
Drogi Czytelniku, jeśli nie oglądałeś jeszcze najnowszego sezonu House of Cards to poniższa notka nie jest dla Ciebie. Zawierać bowiem będzie mnóstwo moich osobistych przemyśleń na temat trzeciego sezonu, a ja nie mam zamiaru stąpać wokół fabuły na paluszkach i zarzucać was urwanymi niedopowiedzeniami, tylko po to żeby nic nie zdradzić. Jedynym bezspoilerowym fragmentem jest ten wstęp. Czujcie się więc ostrzeżeni.

Już od samego początku dało się wyczuć, że ten sezon będzie miał zupełnie inny klimat niż poprzednie. Głównym tego powodem jest całkowita zmiana sytuacji życiowej Underwoodów. Mówiąc bardziej konkretnie – Underwoodowie zdobyli już wszystko, co było do zdobycia. Frank został prezydentem Stanów Zjednoczonych. A umówmy się – w wolnym świecie nie da się już zajść wyżej niż na fotel amerykańskiego prezydenta. I to właśnie całkowicie przekształciło dynamikę serialu, niekoniecznie na jego korzyść. Ponieważ główny bohater nie ma tu już do czego dążyć, a widzowie zostali pozbawieni momentu kulminacyjnego, którego mogliby wyczekiwać. To wszystko powoduje, że cała energia i parcie do przodu, które wcześniej przepełniały bohaterów, rozpraszają się gdzieś na boki, w kierunku typowo politycznych wątków. Oczywiście jest jeszcze kwestia utrzymania pozycji prezydenta i reelekcji, ale sami przyznajcie – kto z was emocjonował się nią tak samo jak wtedy, gdy Frank niemal dosłownie wyrwał Walkerowi urząd spod siedzenia? W rezultacie otrzymałam sezon, po którym z początku nie wiadomo było czego się spodziewać (co z jednej strony można było uznać za pozytyw), jednak po finale okazało się, że moich osobistych oczekiwań on nie spełnił.
4428283-9265294587-aRgIo
Owszem, mam pewne jasno określone oczekiwania co do tego, w którą stronę powinna pójść akcja. Mianowicie – pożądam ostrego i spektakularnego pieprznięcia karmą. Wiem, że niektórzy się z tego śmieją i tłumaczą, że House of Cards nie może być traktowana jako historia o politycznym wzlocie i upadku antybohatera, bo to już jest inny rodzaj narracji – bardziej realistyczny i odarty z moralnych paradygmatów. No cóż, nic nie poradzę na to, że moje filmowe serce jest przywiązane do prowadzenia opowieści bardziej tradycyjnymi torami – takimi, na których czarny charakter może i coś osiąga, ale później jego postępki wychodzą na jaw i spotyka go zasłużona kara. Przecież tak naprawdę wszyscy oczekujemy, że tak właśnie się to skończy – ktoś udowodni Frankowi jego zbrodnie (najlepiej w jakiś efektywny sposób, przy udziale publiczności) i obedrze go ze wszystkich czci i zaszczytów, na które tak ciężko pracował. No właśnie, tylko w tej chwili nic nie wskazuje na to, aby moja wizja miała się spełnić, ponieważ wszystkie postaci, które mogłyby w jakikolwiek sposób zagrozić Frankowi zostały usunięte ze sceny i choć wciąż wierzę w to, że może wyskoczą kiedyś jako deux ex machina, z gotowym planem obalenia tyrana, to bardzo dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że House of Cards nie jest typem serialu, który stawia na takie kliszowe rozwiązania.

W ogóle to trzeci sezon tak jakby zapomniał jakimi środkami Frank Underwood posłużył się w swojej drodze na szczyt. Zamiast na Franku–mordercy, serial skupił się na Franku–polityku, co dla mnie zupełnie wypaczyło tą postać (choć wiecie, pewnie to moje przywiązanie do tradycyjnego podziału na dobro i zło wymaga podkreślania na każdym kroku, że Underwood to skurwysyn i zbrodniarz). Oczywiście z dala od wzroku innych Frank nadal pozwala sobie na zachowania bliższe tym z poprzednich sezonów, jak sikanie na grób ojca czy opluwanie figury Jezusa, ale są to jedynie pojedyncze sceny. Przez większość czasu obserwujemy bohatera jak mierzy się z bieżącymi problemami polityki zagranicznej, kampanią i pragnieniem pozostawienia po sobie politycznej spuścizny, w postaci programu America Works (skojarzenia z Obama Care jak mniemam są zamierzone). I w pewnym momencie złapałam się na tym, że tu mnie twórcy mają, bo w końcu zaczęłam Frankowi-politykowi w jego gabinetowych perypetiach kibicować. A o co niby chodzi w produkcjach o antybohaterach jak nie o to, aby wmanierować widza w popieranie odrażających postaci?
 house-of-cards-claire-petrov
A intryg i politycznych perturbacji, które prezydent Underwood musi w tym sezonie okiełznać co nie miara. Zamykają się one w trzech głównych wątkach: kontaktach z Rosją, kampanią prezydencką i wprowadzaniem w życie AmWorks.

Wątek rosyjski jest z nich z pewnością najbardziej ciekawy, zwłaszcza, że otrzymujemy w nim postać Władymira Putina. Tak, nie pomyliłam się – sami twórcy też nie próbują się z tym kryć, więc po co ja bym miała – to jest Putin. Lars Mikkelsen wypadł w tej roli genialnie (kojarzyłam go trochę z Sherlocka, ale nie miałam pojęcia, że to brat TEGO Madsa Mikkelsena. Dopiero teraz widzę jak bardzo są podobni) i stworzył jedną z niewielu postaci, które mogą mierzyć się z Frankiem w politycznych rozgrywkach. Z resztą Petrov wyszedł z całej potyczki zwycięsko, gdyż osiągnął to co chciał i usunął Claire ze stanowiska ambasadora przy ONZ.

Muszę przyznać, że z początku zirytowało mnie poprowadzenie wątku rosyjskiego – twierdziłam, że twórcy wykazali się tutaj typowym amerykocentryzmem skupiając się na tych sprawach, które będą atrakcyjne zwłaszcza dla amerykańskiego widza – wydawało mi się, że zdecydowano się na bezpiecznie wyjście i wprowadzenie jedynie kwestii prześladowania homoseksualistów w Rosji zamiast podjęcia problemu Ukrainy i aneksji Krymu. Muszę jednak oddać twórcom sprawiedliwość, po głębszym researchu okazało się bowiem, że wątek tarć dyplomatycznych z Rosją został przygotowany długo przed tym zanim wybuchł konflikt na Ukrainie.
gallery_ustv-house-of-cards-s03-e13-3
Rywalizacja Underwooda i Petrova przypomina samcze walki o przywództwo stada. Petrov wielokrotnie próbuje zachwiać poczuciem męskości Franka i udowodnić mu, że to on jest górą, ponieważ nie musi się przejmować zachodnimi konwenansami i sposobami prowadzenia dyplomacji. Najlepszym tego przykładem jest pocałowanie Claire na oczach przedstawicieli amerykańskiego rządu – co bardziej może uderzyć w mężczyznę niż publiczne odebranie mu jego kobiety i to w sytuacji, kiedy nijak nie może zareagować? Jednocześnie twórcy podejmują karkołomną próbę wytłumaczenia postępowania rosyjskiego prezydenta, która kończy się zrzuceniem odpowiedzialności na rosyjskie społeczeństwo. Bo przecież Petrov zachowuje się tak, jak Rosjanie tego oczekują. Jest to dość gorzki, ale moim zdaniem trafny komentarz do sytuacji politycznej w Rosji i kształtu stosunków pomiędzy Putinem, a jego „poddanymi”.

Kampania prezydencka i walka Franka o nominację wysunęła na pierwszy plan postać Heather Dunbar, jedną z niewielu osób w serialu, której można by przypisywać dobre intencje. Dunbar jest na razie moją ulubioną bohaterką; przede wszystkim dlatego, że nie ma dwóch twarzy i zarówno w sytuacjach publicznych jak i prywatnych przemawia przez nią szczerość i skoncentrowana determinacja. Zapewne wiele osób zgodzi się ze mną, że z całej trójki demokratycznych kandydatów ona na prezydenta nadaje się najlepiej. Oczywiście pozostaje jeszcze motyw z dziennikiem Claire – wiemy, że Heather nie zawahałaby się go wykorzystać, gdyby Dog…przepraszam DOUG nie okazał się być takim wiernym pitbullem, jakim był od pierwszego sezonu. Ale to tylko jest dla mnie dowodem na to, że nie da się bawić w politykę i pozostać kryształowym. Niestety.
1200
Prosta i pozbawiona wyborów konstrukcja fabuły w tym sezonie spowodowała, że główni bohaterowie właściwie się nie rozwijają. Frank nie stał się ani bardziej zły ani dobry, a Claire walnęła bombą dopiero w kilku ostatnich minutach finału, choć przez wcześniejsze dwanaście odcinków ślepo obstawiała przy tej swojej niemal chorobliwej lojalności wobec męża. Czasami odnoszę wrażenie, że twórcy nie do końca wiedzą co zrobić z tą postacią – piszą dla niej tyle scen, po których widz spodziewa się, że w końcu coś w niej pęknie i raz na zawsze rzuci swoim małżeństwem w diabły, a ona w końcu i tak trwa przy Franku. Dopiero w finale, po brutalnym wybuchu Underwooda, kiedy pokazuje wyraźnie jak zdeprawowanym jest człowiekiem Claire decyduje się odejść. Zwróćcie tylko uwagę na jakich podstawach oparta jest jej decyzja – nie chodzi o to, że dotarło do niej, że jej mąż odpowiada bezpośrednio za śmierć dwóch osób (choć, nie oszukujmy się – ona to już wie!), ani, że jest po prostu złym człowiekiem. Nie, Claire odchodzi, bo będąc Pierwszą Damą nie może stać już na równi z Frankiem – nie ma już tej samej władzy. I to najlepiej świadczy o motywacji tej postaci, która tak naprawdę wiele się od Franka nie różni.

Ale ja wciąż wierzę w Claire – wierzę w nią, ponieważ od samego początku jestem święcie przekonana, że to jest jedyna osoba, która może zrealizować moje marzenie o pieprznięciu karmy. Nie ma innej postaci w serialu, która wiedziałaby o Franku tak dużo i, która jednym słowem mogłaby go całkowicie zrujnować. Z resztą, czy nie mieliście poczucia, że to właśnie do takiego rozwiązania prowadzi? To całe pokazywanie ich jako idealnie zgodne małżeństwa, które będzie się wspierać nawet w obliczu największej zbrodni? Rozdzielenie ich i postawienie po przeciwnej stronie barykady byłoby idealnym rozwiązaniem. A wiemy już z poprzednich sezonów, że jeśli Claire chce to potrafi być wielką suką i obrzydliwa zemsta to dla niej jak pstryknięcie palcami. Dlatego jestem bardzo ciekawa jak ten wątek zostanie pociągnięty w następnym sezonie. A już najgorsze co twórcy mogliby zrobić to pozwolić Underwoodom żeby do siebie wrócili.
house-of-cards-season-3-trailer-1200x520To nie był zły sezon. Ale nie był też tak dobry jak poprzednie. Tak jak już wspominałam, głównie zawiniła konstrukcja fabuły i de facto brak zakończenia. Te trzynaście odcinków sprawdziło się jako kontynuacja, połączenie pomiędzy drugim i czwartym sezonem, a nie odrębna całość. Co nie znaczy, że nie było w nim genialnych scen. House of Cards jest serialem, który właściwie składa się z samych genialnych scen. Interakcje pomiędzy postaciami to festiwal skrzenia i fajerwerków, których tak naprawdę nie widać, ale one tam są. Moje ulubione sceny? Debata pomiędzy Heather, Frankiem i Jackie. Niby nic wyjątkowego, ale ja nie mogłam wysiedzieć w miejscu. W ogóle to Jackie jest moją ulubioną postacią zaraz po Dunbar – to taka kobieca wersja side kicka Franka, której w końcu udaje się przejrzeć na oczy. Ale sceną, która zrobiła na mnie chyba największe wrażenie jest końcówka wątku Rachel i Douga – kiedy on zawraca furgonetkę, a później mamy przeskok na zakopywanie ciała. Wciąż nie mogę przestać myśleć o tym, czego twórcy nam właściwie nie pokazali – sceny samego morderstwa. Wycięcie go było chyba najlepszą rzeczą jaką mogli zrobić, bo przez to, że nie widziałam ostatnich chwil życia Rachel, tym bardziej nie dają mi one spokoju. A po za tym Doug to jeden z największych serialowych psychopatów. Przeraża mnie jak mało kto.

To, że najnowszy sezon House of Cards nie był tak dobry jak wcześniejsze, nie znaczy jednak, że serial nie pozostaje nadal najjaśniejszym punktem na telewizyjnej scenie. Bo to nadal jest serial genialny z doskonale napisanymi postaciami i scenami. Mam tylko małą nadzieję, że twórcy odkryją nasze telepatyczne połączenie i zaczną pchać postać Franka w moim wymarzonym kierunku.

Czyli w dół, do trzeciego kręgu piekła.

Podobne posty