Sherlock „The Final Problem” – recenzja

16 stycznia 2017

Dwa tygodnie temu zadawałam sobie pytanie – czy to ze mną jest coś nie tak, czy po prostu ten serial rzeczywiście zdziadział? A teraz, gdy zastanawiam się nad tym już drugi raz w ciągu jednej serii, chyba czas najwyższy przyznać, że to nie we mnie leży problem.

W zeszłym tygodniu wielki twist z wprowadzeniem na scenę Euros zrobił na mnie spore wrażenie i dał nadzieję, że czwarty sezon Sherlocka przyniesie w końcu zagadkę godną wielkiego detektywa. Klasyczny, zawiły kryminał z poszlakami, tajemnicami i całym tym jazzem. Tymczasem pod tym względem finał nowej serii przyniósł wielkie rozczarowanie, dobitnie udowadniając widzom, że serial zgubił gdzieś duszę Arthura Conana Doyle’a. I jeśli ktoś pokochał Sherlocka za to, czym niegdyś był – klimatyczną historią o geniuszu, który żelazną dedukcjią rozwiązuje kryminalne zagadki – to cóż, nie pozostaje mu nic innego jak tylko tęsknić za czasami, gdy serial nie był jeszcze swoim własnym fanfikiem.

sherlock-final-problem

Zacznijmy od tego, że The Final Problem jest przewrotnie adekwatnym tytułem dla tego epizodu. Nie dlatego, że w jakikolwiek sposób nawiązuje do słynnego opowiadania – nie śmiałabym podejrzewać twórców o taką błyskotliwość (tak, dzisiaj będę się radośnie wyzłośliwiać). Zamiast tego finał ma po prostu całe mnóstwo własnych problemów.

Po pierwsze spuszcza zasłonę milczenia na końcówkę poprzedniego odcinka – scena, w której świeżo ujawniona Euros strzela do Watsona zostaje wyjaśniona jedynym zdaniem i okazuje się, że zagranie, które kazało nam drżeć z niepokoju o życie bohatera, było tylko i wyłącznie strzałem ze środkiem usypiającym (na boga leniwych scenariuszy, no!). Nie lubię, kiedy scenariusz tak lekką ręką pogrywa sobie z moim zaangażowaniem. Serialu, jeśli już sprawisz, że delikatnie przejmę się jakimś cliffhangerem – wykorzystaj to lepiej.

Chwilę później historia przypomina nam, że ma w tym roku ogromny problem ze skrótowcami. Szybkie montaże, błyskawiczne przeskakiwanie pomiędzy scenami na pohybel konsekwencjom i spójności – to coś, co w najnowszym sezonie Sherlocka kłuło mnie od samego początku. Sceny nie mają czasu, by wybrzmieć, a fabuła – by nabrać sensu. W efekcie bohaterowie zyskują niemal magicznych zdolności, przeskakując pomiędzy kolejnymi sekwencjami bez większego pomyślunku. Objawia się nam Euros – ciach, ciach! – jesteśmy w domu Mycrofta – ciach, ciach! – Baker Street eksploduje – ciach, ciach! – lewitujemy na samotną łódź na środku morza – ciach, ciach!

sherlock-the-final-problem-pic

Na domiar złego, tuż za rozplanowaniem akcji plasuje się logika fabuły. A ta leży i kwiczy. Jeszcze nigdy nie było odcinka Sherlocka, w którym aż tyle razy łapałabym się za głowę. Nie w frustracji nad genialnymi meandrami scenariusza, które mi umykają, ale w niemym oburzeniu nad tym, jak bardzo ten jest naciągany.

Powiem wprost – zupełnie nie kupuję magicznej amnezji Sherlocka. Pomysł, że ktoś tak inteligentny jak Holmes dał sobie hipnotycznie wprogramować brak siostry jest kompletnie durny. Od razu można było założyć, że między rodzeństwem przed laty wybuchł jakiś konflikt, trauma, kto wie. Brat nie rozpoznał siostry, więc pewnie nie widzieli się od bardzo długiego czasu. Ale żeby całkowicie wymazać komuś wspomnienia? I to komuś takiemu jak Sherlock? To wolta zahaczająca już o science-fiction i budowanie na niej całego wielkiego reveal twistu z zaginioną siostrą jest żałośnie pretekstowe.

Sherlock to nie jedyna postać, której po wczoraj powinno się odebrać członkostwo Mensy. Aż przykro patrzeć jak rzekomo równie inteligentny Mycroft daje się podpuścić siostrze i sprowadza do więzienia Moriartego (bajdełej – kolejna scena, która bezwstydnie gra na rozedrganych serduszkach fanów. Choć nie można jej odmówić uroku), a później nie zauważa, że Euros przejęła kontrolę nad całą placówką. Przy okazji Mycroft kończy jako jedna z ofiar największej dziury fabularnej całego odcinka, a mianowicie – jakie, do stu diabłów! moce psychiczne posiada Euros i dlaczego Xavier wypuścił ją z zamkniętego skrzydła swojego Instytutu?!

sherlock final problem
Gdzie do cholery znikają te naklejki w scenie z Sherlockiem?

I to jest jedna z tych kwestii, które należałoby rozwinąć. Bo to jest rzecz, przy której twórcom kolejny raz odjeżdża peron – po Sherlocku na kwasie, któremu dragi nie tępią intelektu i postaciach, które teleportują się z miejsca na miejscie, Euros jest kolejną bohaterką, która w rzekomo realistycznym serialu zyskuje niemal magiczne umiejętności. Jeśli chcemy z kogoś zrobić genialnego manipulatora, błagam, chociaż jednym palcem u stopy trzymajmy się ziemi i wyznaczmy sobie jakieś granice. Bo w tym przypadku potencjał Euros jest nieograniczony – dwoma zdaniami jest w stanie przejąć kontrolę nad drugą osobą. Niby jakim cudem cały kompleks więzienny dał się jej przekonać, że powinien zdradzić Mycrofta? To tylko jedno, mniej ważne pytanie. Drugie stawiają chyba wszyscy, którym choć mignęła scena Euros z Moriartym – jeśli siostra Holmes jest aż tak dobra, czy to znaczy, że zmanipulowała Moriartego? A jeśli tak, czy to ona sterowała jego działaniami w poprzednich sezonach? To są bardzo ważne pytania, a serial nawet nie próbuje na nie odpowiedzieć, zamiast tego szoruje Moriartym po gębach stęsknionych sherlokistów i traktuje go tylko jako ozdobę. Uczciwiej byłoby umiejętnie wpisać go w cały wątek. Tymczasem w serialu Moriarty jest dokładnie tym samym, czym od czasu swojej śmierci pozostaje w fandomie – cholerną kocimiętką. Rzuć toto fanom, w wszyscy zaczną się tarzać po podłodze i miauczeć.

Jakby tego było mało, jak słusznie zauważył Zwierz Popkulturalny w swoim tekście, Euros wypchnięto do panteonu złych geniuszy, zepsutych tylko i wyłącznie przez własną nadprzyrodzoną inteligencję. Euros jest zła do szpiku kości, bo jest genialna i nic poza tym. Mam problem z takim kreowaniem postaci, tym bardziej, jeśli podkreślamy to, jak niebezpieczne był one jako dzieci. Dziecko mordujące inne dziecko dla kaprysu i nieotrzymujące później żadnej pomocy, ba! zamknięte w ośrodku dla chorych psychicznie bez możliwości leczenia to hołdowanie szkodliwej kliszy, która wmawia nam, że bachor, który robi złe rzeczy to Omen wcielony i nie ma dla niego odkupienia. Przy czym zwróćcie uwagę jak niekonsekwentnie podchodzą do tego twórcy – mała Euros zostaje odebrana rodzicom i odesłana do wariatkowa, bo zamknęła chłopca w studni, z kolei duża Euros zamordowała o wiele więcej osób i nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Zamiast tego Sherlock przychodzi z nią pograć na skrzypcach. Logic, motherfucker, do you speak it?!

sherlock final problem

Ale zostańcie ze mną, to jeszcze nie wszystko. Dzisiaj blue Monday, więc mogę wyładować depresyjny nastrój na kolejnej fabularnej bzdurze: jak bardzo niepotrzebne są te szokujące twisty z psem zamienionym w chłopca! Będę okrutnie przyziemna i ujmę to w ten sposób – kurna, nikogo żadne dziecko nie obejdzie bardziej niż ten biedny pies. Dla małego Sherlocka utrata ukochanego zwierzaka jak najbardziej wystarczy na największą traumę w życiu. Jeśli już mamy pozwolić się mamić twórcom, to niech im będzie – mogłaby nawet wystarczyć za usprawiedliwienie tej durnej magicznej amnezji. Sam moment, w którym dowiadujemy się, że Redbeard stracił życie z winy Euros jest już dostatecznie poruszający (czy to się kwalifikuje na stronę Does the dog die?). Ale jeśli chwilę później próbują mi z tego zrobić szkatułkę i wmawiać, że pies był zakopaną głębiej traumą po straconym przyjacielu z dzieciństwa, to wybaczcie państwo, ale ja tutaj z jękiem wywracam oczami. Nikogo nie obchodzi żaden Victor! Wiecie dlaczego? Bo nie mamy pojęcia kim jest Victor! Scenarzyści wyciągają go z kapelusza i wrzucają w fabułę, żebrząc o łzy i omdlenia z ekstazie, tymczasem o jakichkolwiek emocjach nie może być mowy, bo Victor jest wyprany z tła i kontekstu. Pies nie potrzebuje tła i kontekstu – dlatego Redbeard porusza bardziej.

Nie wspominając już o bezdennie głupim pomyśle na rozwiązanie zagadki z piosenki Euros. I to jest jedna z wielu rzeczy w tym odcinku, które nabrały namiastkę sensu dopiero po przegadaniu go z drugą osobą – razem łatwiej jest uzupełniać dziury w scenariuszu. A więc Euros ułożyła makabryczny wierszyk korzystając z numerologii i kodów na nagrobkach? No chyba. I zarówno w przeszłości, jak i w przyszłości czekała w swoim pokoju, aż Sherlock przyjdzie się z nią pobawić, z tym że za pierwszym razem nie przyszedł? No chyba. I dlatego Victor musiał zginąć? No chyba.

Przy okazji – bardzo doceniam tę troskę twórców o widza, gdy Sherlock musi nam łopatologicznie wyłożyć jak piramidalną bzdurą jest dziewczynka w samolocie, mówiąc: „Stworzyłaś sobie w głowie ME-TA-FO-RĘ.” Ooo, patrzcie państwo, metafora taka wow, tłumaczenie subtelne jak łopata między oczy, skille scenariuszowe takie wielkie. Ugh.

sherlock final problem

Nie znaczy to oczywiście, że odcinek nie miał lepszych momentów. Z pewnością nie można mu odmówić trzymania w napięciu. Całość była tak zwodniczo emocjonująca, że tuż po obejrzeniu wydawało się, że można by nawet przymknąć oko na potknięcia fabuły. Chociaż ja osobiście od razu zaczęłam się głowić nad tym, jak można było zrobić z tej historii taki nielogiczny cyrk. Niemniej jednak, muszę przyznać, że sceny, w których Sherlock, John i Mycroft tkwią zamknięci w więzieniu i muszą mierzyć się z kolejnymi dylematami moralnymi były naprawdę mocne. Oczywiście nie miały sensu w kontekście całego odcinka, który po całym tym festiwalu okrucieństwa ze strony Euros na koniec jedynie klepie ją w policzek i mówić: Idź i nie grzesz więcej, ale hej! oglądało się to nieźle. Tak samo doceniam scenę dyskusji nad dronem z bombą, była zaiste urocza. Wybuch przedpotopowego CGI chwilę później nieco zepsuł efekt, ale błyskawiczne ustalanie kto gdzie skoczy, aby zminimalizować straty w ludziach był naprawdę fajny.

Dodam jeszcze tylko, że czwarty sezon sponsorowali wielcy nieobecni. To strasznie smutne do jakiego minimum obcięto role pozostały bohaterów, z których najwięcej czasu ekranowego dostała pani Hudson. Lestrade w ciągu trzech odcinków pojawił się na ekranie zaledwie na kilka minut, podobnie jak Molly, a sugerowanie powrotu Irene Adler miało nas chyba tylko bardziej wkurzyć na koniec. Przy Molly warto zatrzymać się jeszcze na chwilkę, bo to, co stało się z jej postacią w tym dziwnym finale to kolejna gałązka do stosu wstydu, jaki Moffat i Gatiss powinni pod sobą podpalić. Jak można, pytam się, jak można po takim długim czasie nieobecności Molly w scenariuszu nakręcić scenę wyznania miłosnego do Sherlocka i nic z tym dalej nie zrobić? Biedna Molly po takim emocjonalnym momencie nie dostaje ani odrobiny zadośćuczynienia, o domknięciu wątku już nie wspominając. Sekundowe ujęcie w montażu zamykającym odcinek się nie liczy. Znowu mamy tu do czynienia z wrzucaniem bohaterów w sceny pozbawione kontekstu i puste granie na emocjach. Gdybyśmy wcześniej dostali chociaż jakąś sugestię, że temat uczuć Molly może się w tym sezonie jeszcze pojawić. Ale nie dostaliśmy nic, co sprawia, że cały rewolucyjny pomysł wypada jak wszystkie inne podobne – smutno i rozczarowująco.

sherlock final problem

Montaż na koniec odcinka do słów przemawiającej zza groby Mary (too much guys, too much) wygląda jak tchnące tanim sentymentalizmem pożegnanie z serialem. Może to i dobrze. Bo nie ukrywam, że po tym słabym sezonie raczej nie będę oczekiwać z wytęsknieniem kolejnych, jeśli takowe powstaną. Boli mnie we współczesnym Sherlocku brak odwołań do klasycznego kryminału, a denerwują tanie zagrania pod publiczkę i fanserwis. Nie da się nie zauważyć, że twórcy w dziwny sposób grają na popularności własnego dzieła, próbując uwodzić wiernych fanów słabymi aluzjami i tumblrogennym contentem. Tylko cóż z tego, jeśli fandom w międzyczasie zdążył dokonać na Sherlocku niemal wiwisekcji i wpada na o wiele lepsze pomysły, niż twórcy samego serialu? Coś się tutaj skończyło, a we mnie coś umarło.

Smutno mi Boże.


Uwagi? Przemyślenia? Ciasteczka?

Podobne posty