Nie, nie kochajmy marzycieli! „La La Land”- recenzja

19 stycznia 2017

Siedząc wczoraj w kinie na La La Land miałam wrażenie, że mierzę się nie tylko z wizją reżysera, ale i z opiniami całego multum krytyków. Od zeszłego roku film Damiena Chazelle obsypywany jest takim deszczem nagród, że w konfrontacji trudno nie odczuwać pewnej presji: czy dostrzegę ten sam geniusz, co jury Złotych Globów? Przyznam, że z początku nie potrafiłam pozostać obojętną na pewne zabiegi stylistyczne, które mnie po prostu irytowały, ani na to, że film momentami mocno siłuje się z formą musicalu, którą sam sobie narzucił. Wszystko to jednak nabrało dla mnie sensu na samym końcu i ostatecznie stworzyłam sobie taką interpretację La La Landu, która pozwala mi akceptować film w całości, z całym dobrodziejstwem inwentarza. A ponieważ nie uważam, żeby mój pomysł był jakiś wyjątkowo oryginalny, nie wierzę, że nie wpadły na niego również wszystkie mądre głowy Hollywoodu – jeśli tak, to cały festiwal obrzucania La La Land statuetkami ma więcej sensu, niż mogłoby się wydawać.

Tej historii właściwie nie da się zaspoilerować. Bo też w filmie nie chodzi o to, jaką historię przedstawia, ale w jaki sposób to robi i gdzie się ona rozgrywa. Historia to banalna i wszystkim znana, pani spotyka niemiłego pana. Spotyka go na ulicach Los Angeles, gdzie każdy róg ulicy oddycha atmosferą Hollywoodu i przypomina o największych klasykach amerykańskiego kina. Hollywood zostało tu ukazane jako stolica marzeń, pomnik dla ludzi, którzy rzucają wszystko, aby tylko ziścić swój sen o sławie i karierze. Taka Mia na przykład od sześciu lat lata z jednego przesłuchania na drugie, wciąż goniąc za upragnioną pierwszą rolą, a Sebastian, niespełniony muzyk, ciuła każdy grosz, aby otworzyć upragniony klub jazzowy z prawdziwego zdarzenia. Ich spotkanie nie mogłoby się skończyć inaczej jak tylko wybuchem ogromnego uczucia (choć nie od razu). W tym miejscu jednak banał i feel good movie ustępuje miejsca bardziej realistycznym kontekstom – bo marzenia swoje, a w związki swoje i niekiedy życie zmusza nas do wybierania, na czym tak naprawdę nam zależy.

la la land recenzja gosling stone

Polski plakat do filmu obdarzono podtytułem „Kochajmy marzycieli!”. Tylko hmm, jakby to powiedzieć… to nie o to w tym filmie chodzi. La La Land nie jest historią o pozytywnej pogoni za marzeniami, ani tym bardziej za ich szczęśliwą realizacją. To opowieść o marzeniach, które są ułudą, które wymagają ogromu pracy, zmuszają cię do robienia rzeczy, które są poniżej twojej godności. A już na pewno nie jest to film o marzeniach, które dają szczęście absolutne.

Co ciekawe, to nie jest również film o bohaterach, których mogłabym obdarzyć bezgraniczną sympatią. Pomimo swojego eleganckiego wizerunku nieco niegrzecznego chłopca, Sebastian daje się poznać jako zapatrzony w siebie snob. I nie chodzi tu tylko o jego marzenie o elitarnym klubie dla prawdziwych koneserów jazzu. W scenach, w których opowiada o muzyce widać, że to jego wielka pasja, ale przez większość czasu jego podejście do jazzu zamyka się w pretensjonalnym patrzeniu z góry na wszystko, co nie jest Wielką Sztuką. Cały wątek jazzu i jego istoty zachowuje równowagę dzięki postaci Keitha, który próbuje przekonać Sebastiana, że oglądanie się wiecznie na historię muzyki i nieotwieranie się na możliwość jej przekształcenia to podejście złe. I choć główny bohater nie daje się mu chyba do końca przekonać, to przynajmniej dopuszcza do siebie myśl, że musi się niekiedy upodlić i zagrać, coś czego nie lubi, żeby przeżyć (wcześniej tego nie rozumie i traci przez to pracę). Z resztą odniosłam wrażenie, film próbuje nas przekonać o jego niewielkiej przemianie w scenie koncertu – gdy Sebastian gra współczesną muzykę, mimo wszystko czerpie satysfakcję z entuzjazmu publiczności.

La-La-Land-recenzja-John-Legend-and-Ryan-Gosling

Po drugiej stronę mamy Mię, która marzy o jedynej rzeczy, jakiej można pragnąć w Hollywood – karierze aktorskiej. Bardzo podobało mi się, w jaki sposób jej wątek pokazywał, jak wyglądają castingi w amerykańskim przemyśle filmowym – ogólny brak szacunku dla kandydata, przerywanie, ignorowanie, podejmowanie decyzji po trzydziestu sekundach. Tym bardziej, że w scenie przesłuchania z telefonem sam widz może się przekonać o tym, jak wielki talent ma Mia. Przy czym La La Land słusznie zauważa, że to nie wszystko – potrzeba jej też mnóstwo szczęścia. Mój ewentualny przytyk do bohaterki polegałby na tym, że nie wierzę w sens marnowania sześciu lat życia na uganianiu się za jakąkolwiek rolą. Ani próbowaniu swoich sił w monodramacie. Tutaj całkowicie zgadzam się z jednym z głosów, które strzelają w Mię po jej pierwszym samodzielnym występie: monodramaty na serio są najgorsze.

Ale właśnie dzięki temu, że nasi bohaterowie mają skazy, nie mam problemu z uwierzeniem w konflikt, który później pomiędzy nimi wybucha. Problem polega na tym, że oboje zbyt koncentrują się na dążeniu do swoich własnych celów, aby równie intensywnie poświęcać się dla związku. Bo oczywiście Mia mogłaby zrezygnować z szukania swojego miejsca w świecie filmu, aby towarzyszyć Sebastianowi w trasie. Sebastian mógłby porzucić granie muzyki, której nie lubi, aby zebrać pieniądze na klub w inny sposób, a jednocześnie wciąż być z Mią. Jednak bohaterowie się na to nie decydują, a film ich za to nie ocenia. Co więcej, pokazuje, że tak właściwie to każde z nich, ma w swojej postawie sporo racji. I nie ma nic złego w tym, że nie decydują się wspólnie zmierzać do happy endu. No bo, cóż, już tak czasami w życiu bywa, że nie każda wielka historia miłosna musi się nim skończyć.

La la land recenzja emma stone

La La Landu nie sposób oceniać bez omówienia jego formy, bo w końcu mówimy tu o musicalu. Film odwołuje się do złotych lat Hollywoodu nie tylko tematyką, ale również licznymi nawiązaniami do stylistyki największych historii muzycznych. Już sama scena otwierająca film, z ludźmi tańczącymi na samochodach stojących w korku, sugeruje, że mamy do czynienia z produkcją dość świadomą przynależności gatunkowej. Jeszcze z początku mogłoby się wydawać, że jest to stylistyka nieco przesadzona – niektóre sceny wypadają dziwnie z tym całym musicalowym magicznym realizmem z lataniem i tak dalej, a mnie samą w pewnym momencie zaczęło irytować nagminne ściemnienia ekranu w momencie przeniesienia uwagi na głównego bohatera. Z drugiej strony żywe kolory scenografii i kostiumów (sukienki Mii, o rety!), czy naprawdę urocza choreografia do każdej z piosenek sprawiały, że tylko ktoś o totalnie skamieniałym musicalowo sercu mógłby się tym filmem nie zachwycić.

Pod względem muzycznym to jest po prostu majstersztyk. Justin Hurwitz stworzył muzykę, która mogłaby służyć za książkowy przykład idealnego podkładu do musicalu – skoczna, melodyjna, z wyraźnym motywem przewodnim i chwytająca za serce dokładnie w tych momentach, kiedy trzeba. To jest po prostu nie fair, że Chazelle trzyma go pod butem i nie pozwala wyfrunąć w świat wielkiej muzyki filmowej (to znaczy – ja nie wiem, czy tak naprawdę jest, ale dziwi mnie, że Hurwitz nie napisał jeszcze nic poza Whiplash La La Land). W przypadku La La Land intrygujące jest to, że jak na musical, film posiada zaskakująco mało piosenek, co zbliża go bardziej do produkcji disneyowskich. Mianowicie jest ich sześć, w tym jedna to motyw przewodni całej drugiej części filmu i powraca właściwie co kilkanaście minut. Ale dzięki temu, że piosenek jest tak mało i są tak fenomenalnie napisane, gwarantuję wam, że po seansie nie będziecie mogli zapomnieć żadnej z nich. W tym miejscu dodam jeszcze, co zwykle mi się nie zdarza, więc zważcie na me słowa, że w polskich napisach ktoś naprawdę się postarał, żeby ładnie przełożyć słowa piosenek i zachować rymy w odpowiednich miejscach.

la la land recenzja

Trochę gorzej jest jednak pod względem wokalnym. Powiem tak: La La Land nie jest musicalem w sensie Broadwayowskim, raczej taką trochę indie wariacją na temat samej formy. Nie oczekujcie więc po nim śpiewania szerokich nut pełną piersią . Nie ma tu piosenek, od których skarpetki pospadają wam z zachwytu nad głosami aktorów. Gosling i Stone nie specjalizują się w musicalu i wcale nie udają, że jest inaczej. Dlatego śpiewają trochę ciszej, przez pół otwarte usta, głosy mają zamglone i przepona im niezbyt pracuje (Emma Stone śpiewa nieco mocniej tylko w „The Fools Who Dream” i to tyle). Z resztą nie tylko oni – nawet w scenach zbiorowych przy „Another Day of Sun” i „Someone in The Crowd” śpiewacy zdają się oszczędzać i nie wybuchają pełnym dźwiękiem. I nie ukrywam, że trochę mi to przeszkadza, bo jako fanka klasycznego Broadwayu na każdy nowy musical wychodzę z nadzieją, że ktoś mu ryknie w twarz pełną mocą trzech oktaw. A piosenki w La La Land są piękne, ale wokalnie niezbyt wymagające, więc wiem, że wystarczyłoby trochę delikwenta przycisnąć, żeby wydobyć z niego czystsze dźwięki. Dlatego właśnie uważam, że Ryan i Emma śpiewają tak, a nie inaczej, bo tego właśnie oczekiwał od nich reżyser.

Ta teza nabiera o wiele więcej sensu w świetle mojej interpretacji całego filmu, która naszła mnie dopiero w finale. Dostajemy w nim absolutnie fantastyczny, bajkowy montaż, jeszcze raz pokazujący całą historię związku Mii i Seba, a także dodający wariację na temat „co by było gdyby?”. Co by było gdyby bohaterowie się nie rozstali? I wtedy oczywistym staje się, że prawdopodobnie nigdy nie znaleźliby się w tym miejscu, w którym spotykamy ich na końcu filmu – jako spełnieni ludzie, którzy zapracowali na swoje marzenia. Może nie udało im się osiągnąć tego razem, ale wiedzą, że są dla siebie ważni i mimo wszystko zawsze będą się kochać. Jeśli miałabym więc zdecydować, jaka myśl przewodnia przyświeca filmowi, byłoby to właśnie: nie możesz mieć w życiu wszystkiego, aby zrealizować marzenia trzeba coś poświęcić i owszem, niekiedy jest to związek. I nie ma w tym absolutnie nic złego.

la la land recenzja

La La Land odczytuję więc jako wariację na temat klasycznej bajki o miłości, uzupełnioną o musicalową formę. Z jednej strony mamy tu ukłon w stronę tradycyjnego hollywoodzkiego kina, które sugerowałoby zbliżający się happy end, z drugiej zaś mamy do czynienia z pewnym wypaczeniem klasycznego wzorca. Bo taka kolorowa historia powinna zakończyć się triumfem miłości, prawda? Tym bardziej, że mówimy o musicalu, a te (zwłaszcza te z lżejszą, romantyczną fabułą) zawsze kończą się dobrze! No więc La La Land podchodzi do tego inaczej – przedstawiona w nim historia miłosna nie jest idealna. Bohaterowie nie są idealni. I właśnie dlatego jako musical też nie może być idealny. Stąd te pozorne muzyczne niedoróbki i, zdawałoby się, wokalne lenistwo aktorów. Dzięki temu całość, mimo swojej bajkowości, zdaje się jeszcze końcem stopy trzymać ziemi i być bliżej widza – z ludzkimi głosami, ludzkimi marzeniami i ludzkimi związkami, które, co tu dużo mówić, w prawdziwym życiu też czasami nie kończą się dobrze.

La La Land wygrywa tym, że pomimo słodkiej otoczki bajkowego musicalu, pozostawia na języku gorzki posmak życiowego realizmu, kiedy do bohaterów dociera, że, no sorry, nie da się – jednak nie mogą mieć wszystkiego. Mia i Sebastian nie mogą jednocześnie podążać za marzeniami i być razem. I choć kino od lat pielęgnuje obraz idealnej miłości, zdolnej przezwyciężyć wszystkie przeszkody, La La Land rozgrzesza swoich bohaterów i nie piętnuje ich za przekładanie osobistych celów ponad wspólną przyszłość. Co więcej, nie pozostawia w nich żalu, raczej nostalgię za życiem, które mogliby mieć razem, ale do którego pewnie nigdy by nie doszło. I ja tę wizję kupuję w całości. Tak samo jak te całe worki nagród, które film otrzymał. Niech się mnożą.

Podobne posty