Ten tekst o politycznej poprawności (i reprezentacji)

30 września 2017

Myślę, że każdemu szanującemu się blogerowi popkulturalnemu przyda się mieć w szufladzie kilka tekstów na tematy uniwersalne i powszechne, które raczej szybko się nie zdezaktualizują. Tak, żeby napisać coś jasno raz, a potem tylko wyciągać linka z rękawa przy odpowiedniej okazji. Jeden taki już mam – ten o czytelnictwie. A teraz przyszedł czas na poprawność polityczną w popkulturze. Bo co jak co, ale końca tej dyskusji nie zobaczymy jeszcze długo.

Tym razem do pisania natchnęła atmosfera wokół ostatnich zmian w Atomówkach. Ale równie dobrze mogła mnie też natchnąć każda inna z aferek, które regularnie przetaczają się przez Internet z impetem starego walca. Idris Elba w roli Bonda, czarnoskóra Hermiona w teatrze, czarnoskóry stormtrooper, homoseksualny Iceman, nowy Star Trek z kobietami w głównych rolach, kobieta Doktor. Dyskusje towarzyszące tym wydarzeniom zwykle kończą się tak samo: obóz obrońców świętej normalności dokłada kolejną warstwę drutu kolczastego do ogrodzenia swojej fortecy, a postępowcy załamują ręce nad intelektualnym betonem ignorantów.

poprawność polityczna doktor who kobieta
Uwaga, tekst ilustrowany postaciami, które zniszczą kulturę białego człowieka.

Ten tekst ma mi (między innymi) posłużyć za wyjaśnienie, dlaczego w mojej części Internetu błyskawicznie zarabia się banem w twarz za użycie pewnych pożal się Boże „argumentów” albo głupich, szkodliwych sformułowań. Nie dlatego, że nie dopuszczam w komentarzach żadnej dyskusji, ale ponieważ nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że nie usuwając pewnych wypowiedzi, pozwalam na sprowadzanie dyskusji do poziomu rynsztoka. Poza tym duża część z jakże „szerokiego” wachlarza argumentów tych, którzy drżą o przyszłość świata w obliczu Thora kobiety… to po prostu nie argumenty, ale sztuczne chochoły i nie ma sensu z nimi dyskutować.

To nie jest tekst dla osób, które na widok kolejnego newsa o czarnoskórym czy homoseksualnym bohaterze w mainstreamie plują jadem, zatykają uszy i wywrzaskują refren o dyktaturze politycznej poprawności. Ale hej, zawsze warto spróbować, więc nie zniechęcajcie się i czytajcie dalej. To tekst dla tej milczącej większości, która internetowym wojenkom przygląda się z dystansu i prawie nigdy nie zabiera głosu. Dla tych, którzy nie potrafią wytłumaczyć dlaczego czarny Kristoff w musicalowej wersji Frozen im przeszkadza, ale jednak czują się źle na myśl, że do takiego castingu doszło. Dla tych, którzy wierzą, że dyktat politycznej poprawności naprawdę istnieje i coś tam w kulturze psuje. A piszę do was dlatego, że doskonale wiem, jak się czujecie – bo jesteście mną sprzed kilku lat.

poprawność polityczna kristoff frozen
Do obrońców białego status quo zwykle nie dociera, że teatr rządzi się zupełnie innymi prawami niż kino.

Kwestia definicji

Zacznijmy od tego, że większość internautów tak naprawdę nie rozumie, czym jest polityczna poprawność. Przez lata utarło się, że termin political correctness pojawia się w sieci głównie w bardzo antagonizującym kontekście i automatycznie uruchamia wdrukowany system skojarzeń i reakcji. Mianowicie: gwałtowny, najczęściej wulgarny sprzeciw (i umówmy się – twórcy serwisów internetowych doskonale zdają sobie z tego sprawę). Doszliśmy do takiego momentu, że nie można poinformować opinii publicznej o pojawieniu się postaci, która nie jest białym heteroseksualnym mężczyzną, żeby nie przeczytać pod spodem uwagi o wpychaniu PC gdzie popadnie. Tymczasem polityczna poprawność to nie mistyczny ruch walczący o władzę nad światem, ale zachęta do używania języka wyrażającego szacunek dla drugiej osoby, zwłaszcza mniejszości. Clou całego semantycznego nieporozumienia najlepiej oddaje Neil Gaiman, pisząc:

I started imagining a world in which we replaced the phrase “politically correct” wherever we could with “treating other people with respect”, and it made me smile.

Innymi słowy najbardziej zacietrzewieni obrońcy normalności najczęściej sami nie wiedzą, że walczą nie tyle z polityczną poprawnością, co z ideą reprezentacji. There, you have it. Przynajmniej teraz wiecie, jak to nazwać. Reprezentacja polega na wprowadzaniu do kultury bohaterów, którzy swoim wyglądem, naturą i charakterem będą odzwierciedlali strukturę współczesnego społeczeństwa, zwłaszcza jeśli w wyniku pewnej wypadkowej dziejów i społecznej niesprawiedliwości wcześniej tego miejsca w mainstreamie im odmawiano. Albo jeśli dotychczas pojawiali się w nim nie jako reprezentanci konkretnej mniejszości, ale ucieleśnienie zbioru stereotypów z tą mniejszością związanych.

poprawność polityczna idris Elba
Obsadzenie Idrisa Elby w Dark Tower nie zniszczyło naszej cywilizacji. A na ostateczną kiepskość filmu wpłynęły wszystkie inne czynniki POZA kolorem skóry głównego bohatera.

Kochany biały heteroseksualny mężczyzna

Jednak z jakiegoś powodu, czy też może lepiej byłoby powiedzieć – w wyniku całych dekad  karmienia się konkretnym rodzajem dzieł, wiele osób uznaje, że w kulturze jest miejsce tylko na jeden status quo: na białego heteroseksualnego protagonistę. Więc każde odstępstwo od tej utartej normy odbierają jako atak nie tylko na swój osobisty ogląd świata, ale na całą cywilizację. I są gotowi dać się pokroić, byleby tylko ten szkodliwy schemat zachować. No dobrze, może nie pokroić, bo poza siecią najbardziej zajadli komentatorzy zwykle tracą rezon, ale pół nocy będą napierdalać w klawisze, żeby lawiną komentarzy udowodnić, że rozmawiają z durnym lewakiem.

Lekiem na całe zło jest prosty, ale najczęściej trudny do zaakceptowania wniosek, że nie jesteśmy wyznacznikiem normalności. Ba, nawet nasze homogeniczne polskie społeczeństwo nie jest wyznacznikiem niczego w świetle popkultury, bo ta, którą masowo konsumujemy, jest w głównej mierze amerykańska i bazuje na innej strukturze społeczeństwa. W przypadku chociażby koloru skóry bohatera jesteśmy tak przyzwyczajeni do białości, tylko dlatego, że nauczyły nas tego lata obcowania z takim a nie innym typem bohatera – tak zostaliśmy wychowani bo, dumajcie nad tym, dzieła naszego dzieciństwa miały reprezentację w głębokim poważaniu. Jeden typ protagonisty nie jest dany raz na zawsze i nie stanowi podwalin naszej cywilizacji, bo, obczajcie to, nie żyją w niej sami biali hetero ludzie.

poprawność polityczna star wars
„Baba i Murzyn głównymi bohaterami Star Wars?! Pozwól, że wyjmę z dupy 150 powodów, dla których to niszczy franczyzę!”.

Casus czwartej Atomówki

Więc weźmy tę naszą nieszczęsną czwartą Atomówkę – Bliss. Jej nieszczęsność objawia się tym, że jest czarna. Albo przynajmniej w jakimś stopniu niebiała, bo deklaracja konkretnej rasy nigdy w jej kontekście nie pada. Według niektórych wprowadzenie czarnoskórej Atomówki, podczas gdy pozostałe trzy są białe jest „wpychaniem czarnych do serialu na siłę”. Zauważyliście kiedyś, że kolejny biały bohater nigdy nie jest nigdzie „wpychany na siłę”? On po prostu jest, bo zawsze znajdzie się dla niego miejsce – jest defaultem, błędnie uznawanym za wyznacznik normalności. Tymczasem próba wprowadzenia do danego dzieła jakiejkolwiek postaci odbiegającej od przyjętego schematu białego heteroseksualnego mężczyzny staje się z miejsca przedmiotem kontrowersji i deklaracją polityczną ze strony twórców.

To miecz obosieczny, bo z drugiej strony Bliss od razu została poddana dokładnej analizie pod kątem tego, czy aby na pewno dobrze reprezentuje czarnoskórą mniejszość. I oczywiście okazało się, że nie, bo jej delikatne wcięcie w talii to „przykład na seksualizowanie czarnoskórych kobiet w popkulturze” (*jęk*, do skrajności przejdę później). Z jednej strony źle, z drugiej też niedobrze. Współcześni twórcy mają ciężki orzech do zgryzienia, bo nawet jeśli chcą wprowadzić u siebie odrobinę reprezentacji, kreacja nowego bohatera zostanie dokładnie przebadana, a każda cecha jego charakteru – zmierzona pod kątem potencjalnej stereotypizacji. Z białymi postaciami się tego nie robi. A jak można rozwiązać ten problem? Wprowadzając jeszcze więcej postaci wymykających się schematom – tak żeby mogły być po prostu postaciami, z całym wachlarzem wad i zalet, a nie światopoglądową deklaracją czy zwykłym tokenem do odhaczenia mniejszości z listy.

Dodajmy też, że mówimy tu o sytuacji, kiedy Bliss nie jest wynikiem żadnego remake’u, ale całkowicie nową postacią. I nawet to nie pozwoliło jej uniknąć oskarżeń o wciskanie się ze swoją rasą tam, gdzie nikt jej nie chce. A przecież bardzo często słyszy się, że zamiast „zawłaszczać” znanych wcześniej bohaterów, zmieniając im kolor skóry (Mroczna Wieża), płeć (Doctor Who), czy nawet odkrywając dla nich inną orientację (Iceman), mniejszości powinny kreować własne postaci. Podkreślmy – mniejszości powinny. Nie twórcy, którzy mają autentyczny wpływ na kształt fikcyjnej społeczności, ale właśnie ta pokrzywdzona, często bezsilna na polu kreacji kultury mniejszość. Zawsze mnie zastanawiało, czy ludzie wygłaszający takie uwagi mają świadomość tego, że dokonują przerzucenia odpowiedzialności na, bądź co bądź, ofiary pewnego systemu myślenia. A może wręcz doskonale zdają sobie sprawę z tego, że takie stworzone od zera i to przez mniejszych twórców postacie mają minimalne szanse na przebicie się do zbiorowej świadomości, o filmowych adaptacjach nie wspominając. I to im bardzo odpowiada.

poprawność polityczna czwarta atomówka

Stawianie chochoła

W pewnym momencie internetowych dyskusji zawsze musi paść „argument” ostateczny. Czyli pojawia się śmieszek, który sądzi, że żelazną logiką pytania: „Co dalej? Czarna Atomówka lesbijka na wózku?!” rozpiernicza system i dokonuje erystycznego szach-mat, od którego oponentom przepalają się zwoje mózgowe. U mnie jest to rzeczywiście argument ostateczny, bo po czymś takim delikwent dostaje plonka szybciej niż zdąży powiedzieć „nie jestem rasistą ALE”. Ludzie, na litość wszelką, takie gadanie jest bezbrzeżnie głupie, bo dyskutuje nie z realnym zjawiskiem, ale z chochołem, którego ktoś sobie sam wymyślił, postawił i chce go okładać kijem. Tacy bohaterowie w kulturze nie istnieją i, co więcej, nikt absolutnie nie ma zamiaru ich tworzyć, a przynajmniej nie po to, żeby celowo działać na nerwy obrońcom normalności. To nie jest tak, że zatrudniając czarnoskórą aktorkę do roli Hermiony w Przeklętym Dziecku, twórcy pomyśleli: „O ja pierdziu, teraz to wam dowalimy, tradycjonaliści. W następnym sezonie z Harry’ego zrobimy geja, a Weasleyowie będą Żydami”. To po prostu nigdy nie miało miejsca. Więc przestańcie używać tego hasła w dyskusjach, bo ani to śmieszne, ani mądre.

Innym popularnym chochołem jest drżenie o poprawność historyczną. Drżenie to praktycznie zawsze pojawia się w rozmowie o dziełach, które absolutnie nie mają w sobie nic historycznego, a większość przedstawionych postaci jest fikcyjna. Dobru historii zagraża, kto by pomyślał, również czarnoskóra Atomówka, ponieważ historycznie poprzednie Atomówki były białe. Biały zawsze był też Bond, a Doktora Who zawsze grał mężczyzna. Więc jakiekolwiek zmiany na tym polu zaburzają jakąś dziwnie pojętą historyczność, która najwyraźniej odrzuca jakiekolwiek postęp i zmiany. Wtedy to właśnie pada wydumany zarzut: „A gdyby Martin Luther King był w filmie biały? A gdyby Jan Paweł II był czarny? Jakbyście wtedy się poczuli?”. Prawdopodobnie poczulibyśmy się nijak. Bo to dyskutowanie z gdybaniem, czczym wymysłem, który nie ma żadnego podparcia w rzeczywistości. Ani w filmie, ani w telewizji nikt nie zmieni koloru skóry postaciom historycznym, bo nie ma takiej potrzeby (wygląda to nieco inaczej w teatrze). Nie znaczy to, że przy postaciach fikcyjnych taka potrzeba istnieje, po prostu w ich przypadku ta cecha wyglądu nie ma żadnego znaczenia. Dopóki dana cecha bohatera: kolor jego skóry, płeć, pochodzenie etniczne nie są ważnym elementem kreacji danej postaci, to jakakolwiek zmiana na tym polu nie powinna wywoływać tak skrajnych emocji. A jeśli już ktoś wpadnie na pomysł obsadzenia białego aktora w roli Luthera Kinga, to przedyskutujmy najpierw jego wizję artystyczną, zanim sięgniemy po widły.

poprawność polityczna hermiona
Powiedz mi więcej o tym, jak bardzo obraża cię czarnoskóra postać w sztuce, której nigdy nie miałeś zamiaru zobaczyć

Representation matters

Na marginesie dodam – dziwi mnie, że wciąż musimy prowadzić tę dyskusję w czasach, w których istnieje Hamilton. Musical o historii USA, w którym Ojców Założycieli grają niebiali aktorzy pobił wszelkie rekordy kasowe na Broadwayu i odniósł niesamowity sukces. Fakt, iż Jerzego Waszyngtona gra tam czarnoskóry Christopher Jackson nie tylko nie zniszczył mitu założycielskiego USA, nie doprowadził też do eksplozji Białego Domu ani zrewidowania któregokolwiek etapu amerykańskiej historii. Wręcz przeciwnie – dzięki niemu mnóstwo ludzi zainteresowało się historią Ameryki, zwłaszcza ci z biedniejszych warstw społecznych, których nigdy wcześniej ten temat nie interesował. Hamilton przemówił do młodego odbiorcy jego własnym językiem (rapem) i pokazał, że wygląd zewnętrzny nie jest barierą nie do przeskoczenia, nawet w produkcji historycznej. To idea reprezentacji w pigułce. Używałabym Hamiltona jako koronnego przykładu w każdej tego rodzaju dyskusji, gdybym nie miała dobitnej świadomości, że pewnego mentalnego betonu nie da się skruszyć nawet najlepszym młotem.

Ale na tym właśnie polega reprezentacja – na pokazywaniu odbiorcy, że może w dziełach kultury odnaleźć odbicie samego siebie. Wiecie dlaczego Whoopie Goldberg zapragnęła zostać aktorką? Bo zobaczyła w Star Treku Nichelle Nicols w roli Uhury i dotarło do niej, że może. To, co niektórym wydaje się być wciskaniem na siłę pewnego rodzaju postaci, dla innych będzie pierwszą okazją do utożsamiania się z kimkolwiek na ekranie. Nie zdajemy sobie z sprawy z tego, jak ważne może to być dla reprezentanta mniejszości, ponieważ jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, kiedy większość bohaterów popkultury jest do nas w jakiś sposób podobna i dla nas to normalna sytuacja. Dlatego właśnie reprezentacja jest tak niesamowicie ważna.

poprawność polityczna hamilton
Przepraszam, o czym my tak właściwie rozmawiamy?

Nie jestem rasistą, ale…

To zastanawiające, że wojenki o polityczną poprawność w kulturze wybuchają często o te dzieła, których większość z nas i tak nie obejrzy. Szczerze wątpię, czy ktokolwiek pomstujący na czarnoskórą Hermionę rzeczywiście planował wycieczkę do Londynu na wystawienie Przeklętego Dziecka albo miał zamiar włączyć Cartoon Network i obejrzeć nowe Atomówki. To pięknie pokazuje, że przy kwestiach reprezentacji wiele osób ma wdrukowany tylko jeden rodzaj reakcji, której ani sami nie rozumieją, ani nie potrafią wyjaśnić. Bo ostatecznie gdyby odpowiedź na pytanie „Dlaczego tak właściwie przeszkadza ci czarnoskóry bohater?” obedrzeć ze wszystkich erystycznych ozdobników i argumentów uznanych powyżej za niedorzeczne, zostajemy z pustym i bezsensownym uprzedzeniem, które desperacko szuka ujścia.

Uczestnicy internetowych flejmów rękami i nogami będą się bronić przed łatką rasisty. Mogą wykazywać wiele cech typowych dla tej postawy, ale stawiają granicę przy nadaniu jej nazwy. Tak samo jak w przypadku politycznej poprawności, wiąże się to z tym, że wielu z nas nie rozumie do końca, czym tak naprawdę jest rasizm. Niektórzy ograniczają go do publicznych linczów i niewolnictwa, tymczasem uczciwie jest przyznać, że pewne mikro-rasizmy zostały nam wdrukowane przez lata wychowania w określonej kulturze, w której po prostu odmawiano miejsca postaciom, które nie wpisywały się biały schemat. Alergiczna reakcja na każde pojawienie się postaci czarnoskórej w miejsce białej jest jedną z nich. Przy czym nigdy nie powiedziałabym, że kłócąc się o tę kwestię stajemy się złymi ludźmi, ale zdecydowanie warto się zastanowić, skąd biorą się nasze reakcje i nad nimi popracować.

Nie chciałabym, żebym ktokolwiek wyniósł z powyższych rozważań przeświadczenie, że w takim razie o kwestiach rasowych w popkulturze nie można rozmawiać. Nie chodzi o to, żeby komukolwiek nałożyć kaganiec albo dokonywać autocenzury. Bardziej o to, żeby nauczyć rozmawiać na te tematy w normalny sposób, bez stawiania opisanych wcześniej chochołów ani bez wyzwalania w odbiorcy (…w Megu) morderczych instynktów. To nie jest tak, że mamy obowiązek każdą równościową decyzję castingową przyjmować z entuzjazmem i bez komentarza, żeby broń Boże nie oberwać łatką rasisty. Mamy prawo powiedzieć, że według nas inny aktor pasowałby do danej roli lepiej. Ale warto nauczyć się argumentować swoje decyzje bez zniżania się do poziomu komentarzy na Filmwebie (tak naprawdę u mnie tylko to wystarczy, żeby nie zostać zbanowanym. To naprawdę niewiele).

poprawność polityczna iron fist
Iron Fist jest słabym serialem. Ale uprzedzanie się do niego tylko dlatego, że głównej roli nie zagrał Azjata jest grubą przesadą.

Grzeszki tych po lewej

Należałoby również podkreślić, że przesada w drugą stronę może być równie szkodliwa. Nie znoszę czepiania się twórców za to, że nie podjęli konkretnych równościowych decyzji castingowych, choć źródło fabuły ich do tego nie zmuszało (casus Iron Fista). Nie lubię fanatycznego wypatrywania seksizmów w każdym możliwym miejscu. A już najgorsze jest dla mnie dopisywanie okropnych, rasistowskich czy seksistowskich motywacji twórcom bez większego powodu, zupełnie nie dopuszczając myśli, że ktoś może popełnić błąd bez bycia całkowitym degeneratem. Dlatego warto na te tematy rozmawiać. Tylko bez przerzucania się gównem.

Pisałam, że jesteście mną. Jeszcze kilka lat temu sama wielokrotnie czułam dziwne ukłucie, kiedy okazywało się, że jakaś odwiecznie śnieżnobiała postać miała zostać zagrana przez aktora o innym kolorze skóry. Nie dlatego, że wiedziałam o co mi chodzi, ale podskórnie czułam, że to wyjątkowo niewłaściwe. Zwykle miałam ochotę coś powiedzieć, ale kończyło się na tym, że byłam jedną z tych osób, które fandomowe dyskusje obserwowała z boku, odzywając się tylko w wyjątkowych przypadkach. I miałam to ogromne, rzadkie szczęście, że trafiłam w Internecie na ludzi, którzy bez zacietrzewienia i z wielkim zrozumieniem wytłumaczyli mi swoje zdanie –  tak, że z czasem zaczęłam widzieć własną postawę w nieco innym świetle.

Niech to będzie taka mała zachęta na nas – dla tych, którzy uważają, że mają serce po właściwej, lewszej stronie, ale gdy ktokolwiek zetrze się z nimi w komentarzach, potrafią pluć jadem równie zajadle, co oponent – pamiętajcie, że na tego jednego trolla przypada kilkoro milczków, którzy obserwują naszą dyskusję z zewnątrz. Kiedy lekką ręką zbywamy kogoś od rasistów i homofobów, możemy stracić szansę na pozytywne wpłynięcie na kogoś, kto poszukuje innych puntów widzenia i jest gotowy ich wysłuchać, a zamiast tego zostaje zapędzony z powrotem do muszli. Osobiście palec mi nie drgnie przy strzelaniu banownicą, ale jednocześnie głęboko wierzę w to, że w niektórych przypadkach warto wikłać się w pozornie beznadziejne internetowe dyskusje. Jestem najlepszym przykładem na to, że czasami to działa.

  • Magdalaena

    Bardzo dobry tekst. Dodatkowo dodam, że europejska kultura ma długą tradycję obsadzania w rolach czarnoskórych bohaterów białych aktorów, pewnie trochę wynikającą z tego, że innych nie było 😉
    Z drugiej strony każdemu z nas konkretny aktor może nie pasować do danej roli, niezależnie od kwestii rasowych. Np. Kit Harrington i jego loczki są bardzo odlegle od mojej wizji Jona Snowa. Za to Krystyna Feldman była fenomenalnym Nikiforem, płeć zupełnie nie miała tu znaczenia.

  • *zapisuje tekst, żeby regularnie do niego linkować w różnych dyskusjach*
    Dzięki za świetną notkę Megu <3
    Plus: to zdjęcie z Hamiltona jest takie cudowne, aaa 😀

  • Baydo

    Absolutnie się zgadzam, szczególnie się cieszę za umieszczenie Casusu Iron Fista bo to chyba najbardziej wkurzający mnie przypadek skrajności tej „dobrej” strony.
    Z Bliss problem mam poważny nie dlatego, że jest czarnoskóra, a dlatego, że jest absolutnie kiepskim, leniym designem, który w ogóle nie łączy się dobrze z oryginalnymi projektami Tartakowskyego.

  • Tak. Bardzo ważny tekst, zgadzam się ze wszystkim i dziękuję, że go napisałaś. Bo to jest niesamowicie ważne dla wszystkich mniejszości, aby widzieć w kinie siebie, bohaterów takich jak my, ale nie jako postacie drugoplanowe, tylko główne, które mają takie same prawa do walki o dobro świata czy do czegokolwiek innego. A tego jest bardzo mało, choć na szczęście coraz więcej. Mam nadzieję, bardzo dużą nadzieję, że Twój tekst otworzy komuś oczy, ponieważ mniejszości seksualne i płciowe, takie jak ja, ale inne mniejszości zapewne również, muszą szukać wzorców na własną rękę, wyszukiwać tytuły książek i filmów, gdzie będą bohaterowie, z którymi mogą się utożsamić, bo to bardzo rzadko występuje w kinie czy literaturze normalnie, a również chcemy być w nich obecni. Przynajmniej ja. Dziękuję.

  • mikewest007

    Niektórzy nie potrafią żyć bez lansowania się na gównoburzach. Po prostu muszą udowadniać, jacy to są postępowi i jak to każdy kto powątpiewa w sensowność wizji artystycznej jednego nadętego patafiana z drugim jest nazistą i degeneratem.
    A tymczasem umykają im problemy natury oczywistej. Przykładem, Ghost in the Shell to zły film nie dlatego, że w głównej roli obsadzono Scarlett Johansson. To zły film już w samych założeniach scenariusza, wziętych z hollywoodzkiej szmiry o złym rządzie i jeszcze gorszej zbrojeniówce, a robiących z MK Jasona Bourne’a z robocyckami. Podobny kazus mamy z nowym Death Note’em: ten film jest po prostu źle napisany, a pewne rzeczy nie trzymają się kupy w nowym kontekście.
    I to, psze państwa, jest zasadniczy problem Hollywoodu: asekuranctwo i klepanie wszystkiego według schematów wydumconych w latach 50. jak nie wcześniej. Już sporo czasu temu George Takei wspominał, że aktorzy azjatyckiego pochodzenia nie mają w Hollywood za dużo do roboty, bo producenci ostentacyjnie ich olewają. Afro-Amerykanie też nie mają najlepiej, bo często przegrywają z czarnoskórymi Brytyjczykami (patrz: Idris Elba czy John Boyega), zwłaszcza w przypadku ambitniejszych ról. I tego się nie rozwiąże ani dalszym małpowaniem tych wspaniałych czasów co to ich nigdy nie było, ani życzeniowym myśleniem i wyrabianiem statystyk, że mniejszości muszą być reprezentowane, bo muszą, nieważne jak.

    • Ale do kogo Ty pijesz w tym komentarzu?

      • mikewest007

        Problem w tym, że taka mentalność jest w fandomach powszechna (no chyba że w Polsce, w Polsce fandom Ziemniakiewiczem i Przewodasem stoi), i takich obrazków widziałem już za dużo, żeby rzucić jedną konkretną ksywą.

  • Pewien mądry człowiek powiedział coś w stylu, że pokój nigdy nie nastanie, póki kolor skóry będzie miał większe znaczenie niż kolor oczu. Jeśli twórca, reżyser ma taką wizję głównego bohatera, to dla mnie jest w porządku. Dobry film, czy sztuka wybroni się sama, kolor skóry nie będzie miał na to wpływu. Chociaż miałabym satysfakcję jakby Elsa i Finn okazali się być homoseksualni. Bo nie rusza mnie kolor skóry aktorów, orientacja, czy płeć postaci, tylko bawi mnie właśnie takie myślenie, że media powinny ukazywać jedyny, słuszny wizerunek człowieka: wysokiego, przystojnego, białego, europejczyka, chrześcijanina, hetero. Chyba, że mamy dramat, to można postać „okaleczyć”. Bo wiadomo, że czarny może być bohaterem filmu o rasizmie, a kobiety do romansów.

  • Sebastian Lavender

    Mówiąc delikatnie, felieton bardzo płytki i mocno oderwany od stanu zastanego.
    Pomijając kwestie „Atomówek” czy Potterów i wielkich dylematów o seksualizację czy dyskryminację, bardzo często „rasizm” wynika z charakteru postaci, bądź realiów w których się ową postać osadza i tutaj można śmiało postawić „Albę 007”, albo „Ghost in the Shell” w którym usunięto murzynów.
    Przedstawię Pani na podstawie dwóch przykładów, dlaczego nie ma Pani racji:
    Czarny Bond jest absurdem nie tyle z powodu rasistowskich uprzedzeń, co z powodu charakteru postaci.
    Ian Fleming, który stworzył postać 007 stworzył klarowny obraz agenta. James Bond był kwintesencją spuścizny po Imperium Brytyjskim, biały dobrze wyedukowany gentleman, arystokrata urodzony w Szkocji, którego rodzicami byli Szkot i Szwajcarka. Ma charakterystyczną dla brytyjskiej klasy średniej zarozumiałość, a jednocześnie coś co Kipling nazwał „white man’s burden”. Krótko mówiąc Bond wręcz na każdym kroku ocieka brytyjską arystokracją (co z resztą widać w grze Connerego czy Moore’a).
    I teraz proszę mi powiedzieć, jak w takiej sytuacji chce Pani osadzić w jego roli Albę, skoro wszystkie fakty z uniwersum Bonda – opartego na dobie Imperialnej Brytanii przeczą takiej możliwości?
    Ano właśnie nie da się… i stąd jest cała awantura, a nie z jakichś pobudek rasistowskich. Zatem albo trzymamy się Anglosaskich ram, które w wypadku tej serii stworzono, albo może zamknijmy serię i przejdziemy na np. 009 z czarnym w roli głównej?
    Innym przykładem, który doprowadził do histerii, był Ghost in the Shell, gdzie wybuchła awantura o to, że „Major” była biała, a nie była Azjatką (pomimo, że nawet w Anime wcielenie Major było białe – no cóż, Japończycy mają hopla na punkcie białych), albo awantura wokół Wiedźmina, gdzie środowiska równościowe z USA zarzucały, że skandalem był brak czarnoskórego, co również wynikało z realiów dążących do odwzorowania świata Sapkowskiego.
    O ile zatem np. nikt – poza paroma postrzeleńcami – nie powie złego słowa na Wesleya Snipes’a w bardzo dobrze zagranej roli Blade’a, o tyle np. oglądanie Alby w roli 007 obija się o tak daleką paranoję.
    Są pewne role, które mimo nawet fikcyjnego pochodzenia, muszą odnaleźć się w ramach odtworzonej rzeczywistości.
    Np. paranoją byłoby montowanie internacjonalnej obsady, do Ruroni Kenshina, gdzie pomimo fikcyjnych postaci, całość osadzona była w Japonii epoki Meiji.
    Można tak wymieniać i wymieniać, sęk jednak w tym, że nie zgadzam się z Pani opinią, że w produkcjach wszystko jest dozwolone, celem lepszego samopoczucia kogoś.

    Druga sprawa, z którą się kompletnie nie zgadzam:

    „To, co niektórym wydaje się być wciskaniem na siłę pewnego rodzaju
    postaci, dla innych będzie pierwszą okazją do utożsamiania się z
    kimkolwiek na ekranie.”

    Bardzo bardzo słabe tłumaczenie. Nigdy nie stworzy Pani w produkcji filmowej bohatera, z którym wszyscy się utożsamią.
    Ludzie mają tak rozbieżny zakres cech osobowych, że personalizując go pod jeden model, powoduje Pani, że automatycznie odrzucany jest on przez inną grupę, nawet wewnątrz jednej rasy.
    Ogólnie ciśnienie na uniwersalizację charakterów, kosztem utraty przez nich własnych, unikalnych cech, jest ogromną słabością „zachodniego kina”. Jeśli bohater ma podobać się wszystkim, to staje się miałki, pozbawiony wyrazu i cech charakteru odróżniających go od innych.
    W japońskiej sztuce np. postaci rozwijane są według 9 różnych typów charakteru, co powoduje, że często ludzie bardziej utożsamiają się z postaciami drugoplanowymi, niż z samym głównym bohaterem – widać to zwłaszcza w animacji, gdzie naczelni bohaterowie często są najbardziej czerstwi i obdarzani relatywnie małą sympatią. Jestem więc raczej zdania, że to koncepcja kina powinna ulec zmianie, kładąc większy nacisk na głębię charakteru postaci pobocznych, zamiast bawić się w parytety i walkę o kolor skóry „naczelnego”.
    Jeśli produkcja ma być dobra, musi być spójna, a nie łatana celem zaspokojenia cenzury czy oczekiwań ruchów równościowych.
    Zdecydowanie fajniej jest się interpretować z bohaterem pełnym temperamentu i unikalnych cech, niż z mamałygą stworzoną na potrzeby mas, byleby ominąć problemy posądzania o rasizm czy uprzedzenia.
    Tak więc, jeśli ktoś chce się bawić w tworzenie „reprezentacji” tej czy innej grupy etnicznej/rasowej/narodowej, to sorry, niech to robi przy pomocy głowy, a nie buzujących hormonów.

    Na koniec, jeśli mielibyśmy poruszać kwestię Hamilton. Musical, to na miłość boską, nie porównujmy tego do masowego kina.
    Po pierwsze, produkcje typu „Hamilton” kierowane są do specyficznego, wąskiego odbiorcy, charakteryzującego się tzw. efektem snobizmu – idę zobaczyć, bo ta czy tamta była, nawet jeśli jest to gniot, to być na nim wypada. Premiery broadway’owe charakteryzują się tym, że bywają tam dwie specyficzne grupy ludzi.
    Pierwszą jest tzw. elita, która chodzi żeby odbębnić, bo „wypada bywać”, wypada się pokazać i spotkać z innymi w celach niekoniecznie związanych z samym spektaklem (bo równie często na „imprezach kulturalnych” dogaduje się kwestie biznesowe, o których nie wypada mówić na spotkaniu formalnym). Drugą grupą są ludzie aspirujący do zaistnienia w świecie kultury/krytyki kultury. Oni podobnie, muszą tam być, bo trzeba tam być. Im bardziej „szokujący pokaz”, tym bardziej „must be there”, żeby później w tych mniej elitarnych, ale aspirujących do elity kulturalnej grupkach plebejskich móc powiedzieć, że się bywa na salonach. Moja opinia wynika z racji doświadczenia empirycznego.
    Tak więc, przy robieniu odniesień do pewnych zjawisk i „co można”/”należy”, wypadałoby jednak unikać odniesienia do podobnych produkcji.
    Pozdrawiam.

  • BananaJuice

    Ja na takie kwestie patrzę trochę inaczej. Nie przeszkadza mi, że np. doszła jakaś nowa Atomówka murzynka, bo czemu nie. Nie przeszkadza mi, że Doktor ma być kobietą, bo kanonicznie dawno było powiedziane, że Władcy Czasu mogą po reinkarnacji zmienić też płeć. Nie przeszkadzają mi czarnoskóre postaci w „Pięknej i Bestii” (film), bo to nie jest film historyczny, tylko filmowa baśń dla dzieci i niby mamy tam Francję, ale to Francja trochę taka właśnie bajowa. Ale nie lubię zmieniania koloru skóry czy rasy bohaterów książkowych, komiksowych etc. Nie dlatego, że mam coś do osób innej rasy, a po prostu dlatego, że chciałabym, żeby ekranizacje były wierne. Nie podoba mi się np. fakt, że Hermiona jest czarna właśnie z tego powodu, że w kanonie było powiedziane, że jest biała. Ponadto denerwuje mnie, że Rowling próbuje nam teraz wmówić, że to nieprawda, że wcale nigdy w kanonie nie było powiedziane, że jest biała! I żeby nie było, tak samo denerwowałoby mnie, gdyby czarnoskóra postać miałaby być nagle biała, np. gdyby zrobili białego Deana Thomasa czy Blaise’a Zabiniego. Tylko i wyłącznie w takich sytuacjach czepiam się tego nieszczęsnego koloru skóry, o.

    • Ay

      Dokładnie, mam tak samo. W tym tekście denerwuje mnie wrzucanie wszystkiego do jednego worka, na zasadzie „jeżeli przeszkadza ci Hermiona, to na pewno przeszkadza ci też Bliss”. No niekoniecznie. To dwie kompletnie różne sprawy. A „Przeklęte dziecko” nie było nawet jakąś alternatywną historią, ale oficjalną kontynuacją już istniejącej historii, tyle tylko że napisaną w innym gatunki literackim.

  • aHa

    Kiedyś już to pisałam pod innym takim postem, ale powtórzę się – termin „polityczna poprawność” usłyszałam po raz pierwszy w podstawówce przy okazji czytanki na angielskim, która delikatnie mówiąc, lekko upraszczała problem, sprowadzając go do „nie można już mówić stewardess, trzeba „Flight attendant”. Dla nauczycielki stało się to pretekstem do przedstawienia innych przykładów, ośmieszających tę kwestię,. Coś w rodzaju „w pewnej encyklopedii zmieniano hasło czarny na afroamerykański, wyszło że w latach 20 filmy były afroamerykańsko-białe” i tak dalej. Ja na całe szczęście oglądałam dr. Quinn i wiedziałam, że kobiety i Indianie zasługują na prawa 😉 ale ilu uczniów zapamiętało tę czytankę na opak, a ile nauczycielek dodatkowo namąciło im w głowach?

  • Wydaje mi się, że ta „silent majority” raczej nie ma nic przeciwko reprezentacji, a po prostu boi się wikłać w dyskusje, w których gówno uderza we wiatrak na samym wstępie.

  • Gabrysia Panika

    Hm, czy nie zaprzeczasz sobie trochę pisząc „nikt nie będzie zmieniał koloru skóry postaci historycznych”, a w następnym akapicie o czarnoskórym Waszyngtonie w „Hamiltonie”? Przeredagowałabym trochę ten kawałek 😉

    • Racja, przeredagowałam fragment, żeby nie było nieporozorumień 😉

  • 藤本クシス

    Czy tutaj znikają komentarze? Chciałam przeczytać jeden komentarz kogoś, kto nie zgadzał się z tekstem. W komentarzu było napisane o tym, czemu James Bond i jeszcze jakaś postać nie powinni być czarni. Niestety musiałam przerwać czytanie (dlatego nawet nie wiem co to za „jakaś postać”), a gdy wróciłam na stronę to komentarza nie widzę. Ktoś, coś? D:

    • Tak.

      • 藤本クシス

        Jeśli to miało być przyznanie się do kasowania komentarzy niezgodnych z Twoimi poglądami, to bardzo, bardzo SŁABO.

        • A wiesz, że jeśli poczytasz inne komentarze to znajdziesz dużo takich, które nie zgadzają się z moimi poglądami? Tutaj, na FB. Sporo tego było.
          Za autorem rzeczonego komentarza ciągnie się opinia osoby, z która nie da się dyskutować, więc nie miałam zamiaru wchodzić w polemikę, zwłaszcza, że połowa jego wypowiedzi była zupełnie nie na temat. A nie chcę, żeby wisiały tu takie głupoty.

Podobne posty