Co „Westworld” mówi nam o serialach?

5 stycznia 2017

Już prawie miesiąc minął od szumnego finału Westworld. Ostatnie minuty serialu były jak sygnał do boju – krytycy rzucili się do pisania recenzji jak moje koty na pusty kubeczek po serku wiejskim. Co ciekawe, tym razem opinie zdają się być o wiele bardziej spolaryzowane niż przy poprzednim przeboju HBO. Gra o Tron u szczytu swojej popularności (nie licząc ewidentnego spadku formy w sezonie piątym) wzbudzała powszechny zachwyt i nawet jeśli ktoś wygłaszał o niej niepochlebne opinie, to tylko na boczku i półgębkiem (a my i tak słysząc je, wywracaliśmy oczami, no bo heloł, Gra o Tron!). Tymczasem czytając recenzje Westworld, można odnieść wrażenie, że serial ten o wiele ciężej musiał pracować na swój sukces. Wobec tego dziś będziemy się pochylać – nie nad samym Westworld, ale na tym, co jego fenomen mówi nam o oglądaniu seriali.

westworld dolores teddy

Po kim dziedziczy Westworld?

Jeszcze przed premierą Westworld media zwróciły uwagę, że musi to być produkcja, która przejmie pałeczkę po flagowym produkcie HBO, jakim jest Gra o Tron. Wizja GoTa zmierzającego do końca emisji zmusiła stację do poszukiwania produkcji w podobnym tonie, która spodoba się tym samym widzom. Wymaganiem obowiązkowym będzie więc tematyka fantastyczna i targetowanie serialu na dorosłego odbiorcę. Czytaj: nie stronimy od seksu i przemocy (z resztą po HBO trudno się spodziewać czegoś innego).

Dlatego właśnie produkcja Westworld aż uginała się pod ciężarem oczekiwań. Serial wydaje się być tak bardzo wykalkulowaną produkcją, jakby telewizyjni specjaliści chcieli spełnić wszystkie warunki z listy obowiązkowych elementów, które obecnie musi posiadać kultowy serial. Cycki – check, krew i flaki – check, intryga – check, pożywka dla fanteorii – check. Wiele osób tak bardzo chciało widzieć w Westoworld spadkobiercę GoTa, że kiedy ten rozminął się z ich oczekiwaniami, zaczęli jakoś nazbyt skrupulatnie wypominać mu wady. Tymczasem serialowi Nolana i Joy, pomimo podobnego rozmachu, poziomu realizacji i finansowych nakładów na produkcję, bliżej jednak do Zagubionych niż do Gry o Tron. To w produkcji J.J. Abramsa zagadka goniła zagadkę, a kolejne odcinki mnożyły pytania zamiast na nie odpowiadać (ostatecznie niektórych odpowiedzi nie poznaliśmy nigdy). Gra opiera się z kolei na rozszerzaniu fantastycznego świata i politycznych intrygach, a tajemnice są w niej jedynie dodatkowym budulcem.

westworld-anthony-hopkins-faces

Bardziej produkt niż serial

Westworld zaś tajemnica to fundament. Przez to, że nie mamy pojęcia z jakim właściwie światem mamy do czynienia, każdy jego element to dla nas niewiadoma – większości musimy się domyślać samodzielnie. A wiadomo, że fani pozostawieni sami sobie pójdą w jedynym możliwym kierunku – ku fanteorii. Snucie domysłów i wypełnianie białych plam fabuły na własną rękę prowadzi jednak do tego, że nasze oczekiwania względem rozwiązania zagadek serialu rosną. Wielki reveal ma sprawić, że jedną ręką będziemy się wygrzebywać z fotela, w który nas wgniotło, a drugą szukać szczęki na podłodze. Z tym, że na samym końcu może się okazać, że odpowiedzi proponowane przez twórców po prostu nie są aż tak satysfakcjonujące jak nasze własne teorie.

Takie właśnie myśli zaczęły mi krążyć po głowie, gdy czytałam opinie osób, którym Westworld nieszczególnie podszedł. Wśród krytycznych uwag przewijały się podobne zarzuty: przewidywalność serialu, jego rzekome przeintelektualizowanie i schemat konstrukcji, która znowu nastawiała widzów na wyczekiwanie szokujących zwrotów akcji. Wiele osób odebrało Westworld nie jako zwykły serial, mający dostarczyć rozrywki, ale produkt skomplikowanej inżynierii marketingowej zrodzony z wyrachowania. Poczuli się oszukani, bo ktoś próbował im sprzedać hype. Ponieważ mnie osobiście serial bardzo się podobał (choć nie pozostałam obojętna na kilka jego wad), nie potrafiłam do niego podejść aż tak krytycznie. Dlatego twierdzę, że zarzuty kierowane pod adresem Westworld nie wynikają z tego, że to kiepska produkcja, za to wiele mówią o naszym obecnym podejściu do seriali i tego, co się w nim zmieniło przez ostatnie lata.

bernard westworld

Pułapki fanowskich teorii

Jednym z najbardziej zaskakujących dla mnie przejawów popularności Westworld jest to, o czym wspomniałam już wcześniej – fanowskie teorie. Czy może konkretniej – prędkość z jaką te teorie się sprawdzały. W serialu z tak wielką ilością tajemnic i niedopowiedzeń potrzeba było zaledwie dwóch pierwszych minut pilota, aby fora internetowe zapaliły się od domysłów. Takie namiętne tkanie zagadek i stawianie pytań bez odpowiedzi, jakie uprawiali twórcy Westworld nie trudno odczytać jako zaproszenie widza do udziału w grze „Rozgryź serial, zanim powiemy ci, o co chodzi”. Śledziłam całą dyskusję od samego początku emisji i od razu odniosłam wrażenie, że ludzie się za bardzo starają i niemal stają do zawodów w konkurencji wymyślania najbardziej niedorzecznej teorii. No bo co to za bzdura, żeby w Westworld istniały dwie linie czasowe. Jest tak samo głupia jak ta o Varysie-syrenie i ta, która twierdzi, że kot króla Tommena – ser Pounce – jest tak naprawdę Azorem Ahai.

I to właśnie w fenomenie Westworld było ciekawe – kolejne odsłony fabuły po kolei potwierdzały domysły fanów, nawet jeśli z początku ich teorie wydawały się być zupełnie od czapy. Cały korpus największych twistów serialu został wcześniej przewidziany w internecie. Jeśli ktoś aktywnie obserwował dyskusje po każdym odcinku, to automatycznie pozbawiał się elementu zaskoczenia. No i nie da się ukryć, że recenzenci, którzy krytykowali serial właśnie za przewidywalność, zapewne byli dobrze obeznani z dyskusjami prowadzonymi wokół Westworld jeszcze w czasie jego emisji.

westworld-hbo

Współczesny widz – magister seriali

No właśnie, więc o czym to świadczy? Moim zdaniem mówi to bardzo wiele o tym, jak w ostatnich latach zmieniło się to, jak odbieramy seriale. Po pierwsze jako widzowie nauczyliśmy się oglądać seriale i już nie dajemy się tak łatwo zwieść podstawowym zagrywkom marketingowym. Jesteśmy w stanie wyczuć, kiedy jeden serial ma nam zastąpić inny. Obejrzeliśmy ich już na tyle dużo, że możemy z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, jak potoczą się niektóre wątki. I, co doskonale widać na przykładzie Westworld, w tym momencie możemy rozgryźć największe zagadki produkcji o wiele wcześniej niż chcą tego twórcy. Nauczyły nas tego całe lata lepszych i gorszych twistów.

Czy to znaczy, że seriale powinny stawać na głowie, żeby serwować nam jeszcze bardziej skomplikowane intrygi? I tak i nie. Z jednej strony oczekujemy, że twórcy będą nam stawiać poważniejsze wyzwania, bo w końcu widownia dojrzała wraz z całym przemysłem rozrywkowym i trudno nas jeszcze zadowolić byle czym. Jednak z drugiej strony, jakkolwiek by na to nie patrzeć, fakt iż niektórzy z nas przewidzieli niektóre zwroty akcji Westworld nie oznacza automatycznie, że serial poniósł porażkę i nie powinniśmy traktować takiej właśnie „przewidywalności” jako coś złego. Moim zdaniem lepiej skupiać się na tym, w jakim sosie serial zaserwował nam wielkie zaskoczenia i czy dochodzenie do nich było satysfakcjonujące. Nie myśleć: „rozgryzłem wszystko wcześniej i nic mnie nie zaskoczyło – głupi serial”, ale: „rozgryzłem wszystko wcześniej, bo jestem zdolnym widzem – brawo ja!”.

logan willian westworld

Koniec dyktatury twistów?

Dodatkowo Westworld powinien być również przyczynkiem do dyskusji na temat czegoś, co ja nazywam dyktaturą twistów we współczesnej popkulturze. Mam wrażenie, że w ostatnich latach przemysł rozrywkowy zafiksował się na punkcie szokowania widza gwałtownym zwrotem akcji, zamiast uwieść go całą resztą historii. Ogromny udział ma w tym sukces Gry o Tron, która w przewrotny sposób przełamała klasyczne tropy narracyjne (jak ten, że pozytywny protagonista zawsze musi przeżyć) i z niepewnego losu postaci zrobiła swój znak rozpoznawczy. Nagle wszystkim twórcom zamarzyło się, że to do ich seriali ludzie będą kręcić reakcje na emocjonujące sceny (jak te z Krwawych Godów) i schodzić na zawał podczas emisji. Bardzo brzydko odbiło się to również na sposobie serwowania newsów o najnowszych odcinkach w sieci, gdzie nagłówki krzyczą „Co myślicie o tym SZOKUJĄCYM TWIŚCIE?!”, „Ten finał odcinka TOTALNIE CIĘ ZAŁAMIE”, a zamiast skupiać się na serialu jako całości, domorośli krytycy oceniają je tylko przez pryzmat tego, ile razy wzywałeś pogotowie w czasie oglądania.

Niestety to, co z początku było przełamywaniem konwencji, z czasem zamieniło się w śmieszną farsę. W pewnym momencie doszliśmy do tego, że twist na twiście twista poganiał i nawet taka Gra o Tron zaczęła pod tym względem zjadać własny ogon, serwując nam w finale piątego sezonu festiwal tanich szoków. Przez przesyt hucznych niespodzianek fabularnych widownia zobojętniała na twisty i w chwili obecnej scenarzysta musi się już nieźle nagimnastykować, żeby nas zaskoczyć. Właśnie dlatego oczekiwania względem fabuły Westworld był tak duże, a późniejsze rozczarowania tak wielkie, choć moim zdaniem to bardzo nie fair względem serialu – w końcu jego zwroty akcji były bardzo dobre i to nie ich wina, że inne produkcje rozpuściły widownię.

westworld ed harris

Fandom ma gorzej?

Przy okazji można by się również zastanowić nad tym, czy wszelkie uczestnictwo w fandomie i maniakalne analizowanie każdego szczegółu serialu nie sprawia, że trochę odbieramy sobie przyjemność z oglądania. Fakt, wspólne omawianie danej produkcji jest świetną rozrywką i niekiedy trudno się powstrzymać, żeby nie podzielić się z kimś wrażeniami po kolejnym odcinku. Jednak z drugiej strony w ten sposób automatycznie wystawiamy się na potencjalne spoilery i rozwiązania zwrotów akcji, do których niekoniecznie doszlibyśmy samodzielnie. Bo przecież to nie jest tak, że każdy z nas sam wpadł na to, że Bernard jest androidem, a Mężczyzna w Czerni to William (niektórzy tak, ale nie większość). Najpierw wzięliśmy udział w dyskusji, przeczytaliśmy artykuł z listą „10 najdziwniejszych teorii na temat Westworld„, albo trafiliśmy na czyjąś niewinną sugestię: „Ale to by było niezłe, gdyby Wyattem była tak naprawdę Dolores, nie?”. W końcu w kupie siła i jeśli trafimy do grupy kilkunastu osób, które próbują rozgryźć zagadkę serialu, siłą rzeczy któraś z nich w końcu otrze się o prawidłowe rozwiązanie. Czy w takim wypadku to uczciwe zarzucać serialowi przewidywalność? Przecież sami szukaliśmy odpowiedzi wcześniej. Czy to nie nasza wina (a może zasługa?), że je znaleźliśmy? Jakby nie było przecież właśnie o to chodzi w fanowskich teoriach – o wyprzedzenie twórców.

Podsumowując, rozumiem zarzuty niektórych osób względem Westworld, ale wydaje mi się, że ich źródła nie powinniśmy upatrywać w samym serialu, tylko w naszym podejściu do oglądania. Dlatego krytykowanie produkcji za ogólną przewidywalność nie oddaje jej sprawiedliwości. A jeśli chce się zagłębić w serial z naprawdę czystym umysłem, to nie ma innej rady – chyba jednak trzeba się odciąć od internetu i fanowskich dyskusji.

Uwagi? Przemyślenia? Ciasteczka?

  • Ja dopiero nadganiam, ale mi to przeintelektualizowanie się bardzo podoba. I te wszystkie cytaty z Szekspira! Ludzie emocjonowali się, że szafa grająca odtwarza Black hole sun, ja tym że postać Hopkinsa nazywa się Ford :). I cytatem z Conan Doyle’a. I to mnie bardziej bawi niż twisty.
    That being said, męczący są z tym seksem. Serio, ile można?

    I zgadzam się z Tobą odnośnie przewidywalności. Chyba za bardzo daliśmy się złapać, że serial musi nas oszukać/zaskoczyć w tej warstwie. Tak jakby reszta- klimat, poruszane wątki, relacje między postaciami, były tylko cechami drugorzędnymi. A przecież tak naprawdę twisty stanowią o jakości jedynie w przypadku thrillerów i, w mniejszym stopniu, kryminałów.

  • Dobra Megu to ja pierwsza. Zgadzam się i nie zgadzam jednocześnie. Bo tak, kultura fanowska, ilość twistów którymi sie mierzy miodność fabuły i przewidzenie schematów to jedno. A drugie że to się za cholere nie odnosi do Westworld którego narracja była tak cholernie rwana że bez twistow zwyczajnie nie trzyma się kupy. Wiec to nie jest tak że armia widzów poleciała do internetu snuć teorie, a po prostu została do internetu wygoniona przez twórców jeśli chciała złożyć w logiczny ciąg co zobaczyła na ekranie. I niech dobrym przykładem bedzie moja mama która w fandomie nie siedzi, teorii nie snuje, a przyszła do mnie skonfundowana ze Dolores raz ma dziurę w brzuchu a raz nie i chyba to błąd w montażu. Jeśli czysto casualowy (z szacunkiem do mojej mamy) widzi takie rzeczy to to jest po prostu wyjątkowo mierny twist a nie rozkapryszony fandom :p

    • To znaczy, dla mnie jakakolwiek rwana narracja jest konsekwencją tego, że mamy dwie linie czasowe. Ale tutaj musiałabyś przywołać konkretne przykłady, żebym wiedziała do czego się odnieść. Bo przynajmniej dziurę w brzuchu Dolores można tym igraniem z czasem wytłumaczyć.

  • Podobnie jak Pusiu, zgodzę się i nie zgodzę. W podsumowaniu serialowym dla Pulpozaura (pewnie się za chwilę pojawi) napisałem, że dla mnie „Westworld” to zawód, ale nie dlatego, że to zła produkcja. To jest dokładnie przykład, jak w tytule jednego z akapitów, na produkt, a nie serial. Twórcy tak bardzo skupili się na szokowaniu widzów kolejnymi twistami i odhaczaniu kolejnych rzeczy, które w produkcji „dla dorosłego widza” muszą być (na marginesie od lat mnie bawi, że „dla dorosłego/dojrzałego” ogranicza się bardzo często do pokazania paru cycków w krwi, jakby twórcy zapomnieli, że powinno chodzić głównie o bardziej ambitną/skomplikowaną/wielowątkową opowieść), że kompletnie polegli na spójności seriali. Tu się tyle rzeczy po prostu nie trzyma kupy, że to aż boli. I to takich fundamentalnych dla świata przedstawionego (na koniec parę przykładów).

    Co do kwestii przewidywalności to się trochę nie zgodzę z tym zarzutem. Po pierwsze idąc tym tropem to… od razu wiemy o co chodzi. W końcu bazą jest historia Crichtona sprzed 40 lat 😉 Dla mnie z tej perspektywy to był serial, gdzie kluczem nie było „co jest prawdą” i „dokąd nas to zaprowadzi”, a „jak” scenarzyści nas do znanego finału doprowadzą. I jasnym jest, że jak się śledziło dyskusje w internetach to wielu rzeczy człowiek się dowiedział dość szybko. No ale tak jak piszesz, fandom czasem ma gorzej na własne życzenie.

    I na koniec pełna zgoda, że problematyczność „Westworldu”, czy też może odbioru tego serialu, to kwestia ilości i jakości obecnych produkcji telewizyjno-streamingowych. Świetne aktorstwo, muzyka, efekty specjalne to już teraz za mało. Co więcej, ja widzę po sobie, że to co powinno być dla serialu najważniejsze, czyli dobra i wciągająca opowieść i interesujące postaci, coraz częściej kuleje. I często łapię się na tym, że serial zaczynam odbierać właśnie „produktowo”, a rzadko udaje mi się osiągnąć efekt wow. W tym roku chyba tylko trzy produkcje naprawdę mocno mnie ruszyły, a żadna z nich nie przebiła się w sumie do szerszego obiegu. „Młody papież” (który mimo, że jest nierówny to jest czymś unikatowym), finał „The fall” i „Black sails”. Każdy z tych seriali ruszył mnie z innych powodów, ale „Westworld” niestety porównywalnych emocji nie wywołał u mnie nawet przez moment.

    Spoilery:
    .
    .
    .
    .
    Jak to możliwe, że park, który jest przecież teoretycznie pod pełną kontrolą i sztab ludzi widzi nawet jak host zejdzie z utartej ścieżki, nie zauważył tych wszystkich kwestii związanych z „emancypacją” hostów, wynoszeniem danych itd?
    Host nie może skrzywdzić człowieka, bo broń palna nie działa. A co z nożem/strzałem z łuku/walnieciem w łeb cegłówką? Przecież tam ludzki trup powinien słać się gęsto, bo jak (człowiek) rzuca się w kogoś nożem to nigdy nie wiesz kogo trafisz.
    Po co Ford „zabił” Bernarda skoro okazało się, że dokręcenie śrubki powoduje, że wraca do formy.
    Calutki wątek Maeve (z idiotycznym jego finałem na czele) woła o pomstę do nieba.
    Itd, itp.

  • Andżelka Sztos

    Oglądałam ten serial w ciągu. Jeden odcinek po drugim. Nie wgryzałam się w żadne teorie fanowskie. Nie jestem przesadną fanką seriali, więc podchodzę do serialu, jak do filmu, który odbieram tak, jak został zrobiony. Dopiero po obejrzeniu całości wysnuwam jakieś wnioski, które w trakcie nasuwały mi się w myślach. „Westworld”, czułam to już od pierwszego odcinka, nie będzie serialem, w którym będą liczyć się zwroty akcji, ale jakieś, mhm, głębsze przesłanie. I to był punkt, który mnie zawiódł najbardziej. Zakończenie mnie nie zaskoczyło ze względu na rozegranie akcji. Liczyłam, że zaskoczy mnie mocniejszym wydźwiękiem, jakimś „złotym przemyśleniem”. A niestety nie wzbudził we mnie ten serial, żadnych głębszych emocji. To wszystko już było przerabiane z kinematografii na wszystkie strony, Przyznaję bez bicia, że połączenie westernu i sci-fi nie jest dla mnie najtrafniejsze (osobno do przełknięcia i to całkiem znośnie, ale połączenie jest dla mnie niestrawne). Gdyby nie Hopkins i Harris i ich kunszt aktorski, nie dałabym rady obejrzeć do końca tego serialu. Podejmę się jednak obejrzenia drugiego sezonu, bo może dopiero to mnie przekona, że jednak jest w tym coś ciekawego. „Mężczyzna w Czerni to William” – to jedyne, co mnie zaskoczyło fabularnie. 🙂

  • mikewest007

    Serialu jeszcze nie skończyłem oglądać, ale spoilery znam – i wbrew pozorom, ogląda mi się jakoś tak lepiej, kiedy wiem co te wszystkie niby nie znaczące odzywki i momenty znaczą.
    Co ciekawe, zetknąłem się z pytaniem „Czy żona Bernarda naprawdę istnieje i kim/czym jest”. I jestem zdziwiony, że ktoś w ogóle rozważa coś takiego, kiedy przez trzy odcinki cięgiem Maeve i Clementine powtarzają tę samą konwersację słowo w słowo, a Ford wyjaśnia sens tych rozmów. Bo kiedy scenę później Arnold opowiada Dolores historię swojego syna, nagle ta kwestia staje się banalnie prosta: Bernard odtwarza po prostu swoją pętlę, gadając do archiwalnego nagrania żony Arnolda.
    Za to początek sezonu to całkiem fajny instruktaż dla Mistrzów Gry: z jednej strony dobrze mieć jakiś podstawowy szkic każdej postaci, a z drugiej trzeba się spodziewać, że w najmniej oczekiwanym momencie gracz zrobi coś głupiego i zepsuje cały misterny plan.

  • Ciąglę słyszę, że ten serial niesamowicie ssie. Znudziło mi się już gadanie i tłumaczenie w geście obronnym. Mi nie przeszkadza ta cała przewidywalność, skupiłam się raczej na pomyśle, a generalnie jest on całkiem niebanalny. Wydaje mi się, że niektórym ludziom nie tyle przeszkadza przewidywalność co klimat. W końcu to jest Dziki Zachód, który nie będzie rozumiany nigdy w naszym kraju. Zgodzę się z Tobą, że trzeba oglądać ten serial z czystym umysłem. Mnie już dawno fanowskie dyskusje denerwują. Najpierw oglądam, potem oceniam samodzielnie i ewentualnie czytam czyjeś opinie.

Podobne posty