THIS BOOK, czyli „Z mgły zrodzony” Brandona Sandersona – recenzja

4 marca 2015
Uwielbiam takie sytuacje, kiedy nagle sięgam po serie, które nie są nowościami i okazują się być świetne. Oznacza to bowiem, że nie muszę czekać przez lata na wydanie następnych części, tylko mogę od razu iść do biblioteki i wypożyczyć wszystkie naraz (uczucie podobne do świadomości, że Netflix hurtem wypuszcza wszystkie odcinki House of Cards; w nawiasie mówiąc – nie, jeszcze nie skończyłam oglądać, więc będę wdzięczna za niespoilerowanie). Do teraz się głowię, dlaczego wcześniej nie słyszałam o Brandonie Sandersonie. Chociaż, prawdę mówiąc, dopóki HBO nie zaczęło produkcji Gry o Tron nie słyszałam również o George’u Martinie, można więc założyć, że moja niewiedza wynika z niezbyt aktywnego śledzenia rynku wydawniczego fantasy. Na swoją obronę dodam, że zarówno Pieśń lodu i ognia jak i trylogia Ostatniego Imperium zaczęły się ukazywać w Polsce dawno temu, kiedy ja zaczytywałam się jeszcze w Harrym Potterze i Pamiętnikach księżniczki. Mam nadzieję, że seria Sandersona podzieli kiedyś los powieści Martina – ktoś powinien na jej podstawie nakręcić serię filmów i przepchnąć tę historię do masowej kultury. Zrodzony z mgły doprowadził mnie bowiem do stanu, w którym wrzeszczałam na książkę, rzucałam książką i płakałam nad książką. A nie pamiętam kiedy zdarzyło mi się to ostatnim razem.

W świecie, w którym na ziemie zamiast deszczu spada popiół, słońce świeci krwistą czerwienią, a ulice wypełniają tajemnicze mgły, od wieków niepodzielnie rządzi Ostatni Imperator – nieśmiertelny tyran, który zdobył władzę odpędzając niezidentyfikowany kataklizm tysiąc lat wcześniej. Szlachta, potomkowie dawnych rodów, które wsparły Imperatora kiedy ten wstępował na tron, naturalną koleją rzeczy cieszy się wszelkimi możliwymi przywilejami, ale rywalizacja pomiędzy poszczególnymi domami wciąż zbiera krwawe żniwo w wyniku rozmaitych knowań i intryg. Najbardziej cierpią na tym najniższe warstwy społeczeństwa – ludność skaa, czyli niewolnicy, uważani za bezmyślną rasę podludzi, których można zabić albo zgwałcić bez ponoszenia żadnych konsekwencji. Nic więc dziwnego, że w końcu znajdują się ludzie, którzy postanawiają obalić bezwzględnego władcę i choć przed nimi wielu innych próbowało zrobić to samo, oni w końcu mają nadzieję osiągnąć sukces. Ponieważ wcześniej żadna grupa buntowników nie miała tak charyzmatycznego przywódcy i to na dodatek takiego, któremu udało się uciec z najpilniej strzeżonego obozu pracy Ostatniego Imperatora.

Wiele osób określa tą książkę jako heist story, czyli historię o spektakularnej kradzieży albo innym podobnym przekręcie. Typową konstrukcję tego typu opowieści prezentuje schemat: przygotowania-wykonanie-rozliczenie z konsekwencjami, a duża część fabuły skupia się na kompletowaniu drużyny. Trzeba przyznać, że coś w tym jest, choć naturalnie Zrodzony z mgły jako fantasy będzie się nieco wymykał konwencji. W tej historii drużyna jest bardzo ważnym elementem, ale autor nie skupia się za bardzo na przybliżaniu nam losów wszystkich jej członków – wiemy, że są, wiemy kim są i jaka będzie ich rola w zadaniu. Jednak cała opowieść pokazywana jest nam z punku widzenia dwóch głównych postaci: Kelsiera – przywódcy szajki i Vin – najmłodszej członkini grupy, której pozyskanie do drużyny napędza początek historii.

Ta dwójka to para fantastycznych bohaterów. Uwielbiam Kelsiera – czytając wyobrażałam go sobie z twarzą Simona Bakera z jego rozbrajającym uśmiechem nie do końca stabilnego Mentalisty. Kelsier jest autorem całego planu i chyba jedyną osobą, która w pełni w niego wierzy. Z początku można odnieść wrażenie, że to jedna z tych dumbledorowych postaci – nieomylna, wszystkowiedząca i zawsze o krok wyprzedzająca czytelnika. Na szczęście tak nie jest – Kelsierem targają wewnętrzne konflikty, a wraz z biegiem wydarzeń zaczynamy wątpić w krystaliczną czystość jego motywów. Ponieważ Kelsier to postać niejednoznaczna, a dodatkowo historia wielokrotnie udowadnia nam (i bohaterowi przy okazji również, bo to on sam najczęściej pokazuje, że uważa inaczej), że nie jest ani wszechmocny ani niepokonany. Z drugiej strony Vin to postać, której brakuje poczucia własnej wartości. Wychowała się na ulicy, w szajce pospolitych bandziorów, w której brat wciąż przekonywał ją, że zaufanie to najgorsze z możliwych uczuć jakim można obdarzyć inną osobę. Dlatego w jej przypadku cała historia to odkrywanie własnej wartości i de facto uczenie się przyjaźni. Vin jak na szesnastolatkę jest dość poważna, a przy tym (co widać we wcześniejszych fragmentach opisanych z jej punktu widzenia) zalękniona i nieufna. Dopiero zadanie, które ma do wykonania jako nowy członek grupy otwiera ją na innych ludzi i pozwala się zmierzyć z własnymi słabościami (jak brak kontaktu z wodą i mydłem, który wbrew pozorom będzie później źródłem jej wielu dylematów).

Brandon Sanderson to mistrz w kreowaniu fantastycznych światów. A już jakaś szczególnie ciężka i mocna pozłacana nagroda należy mu się za wymyślenie allomancji – systemu magicznego opierającego się na czerpaniu mocy z różnego rodzaju metali, które wcześniej należy…połknąć, a następnie spalić w żołądku. How cool is that? Istnieje dziesięć rodzajów magicznie aktywnych metali, a spalenie każdego z nich daje Mglistemu (tak nazywają się osoby posiadające moc allomancji) inny rodzaj zdolności. Co więcej nie są to jakieś najbardziej podstawowe moce związane z żywiołami albo czymś równie pospolitym w magicznych światach. To może być przyciąganie metali, odpychanie ich, wykrywanie allomancji u innych, maskowanie allomancji u innych i tak dalej (teraz brzmi to dziwnie, ale zobaczycie jak ważne są wszystkie te rzeczy w książce). Sęk w tym, że większość allomantów może używać tylko jednego rodzaju metalu, a co za tym idzie, tylko jednego rodzaju mocy. Takich, którzy mogą używać wszystkich jest niewielu, są niesamowicie potężni i noszą czadowe płaszcze – są to Zrodzeni z mgły. I oczywiście zaliczają się do nich Kelsier i Vin.

Allomancja to dość skomplikowany system. Widać to chociażby w dodatkach na końcu książki, które zawierają słowniczek i dokładny opis wszystkich allomantycznych metali wraz z ich właściwościami. Wymyślając taki system i wprowadzając go do fabuły, autor musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem zanudzenia czytelnika na śmierć infodumpem. Tak było na przykład w Czasie Żniw Samanthy Shannon – autorka wymyśliła sobie szereg odmian telepatycznych zdolności z własnym systemem nazw i właściwości i nie umiała tego sprzedać. Nie byłam w stanie skończyć jej książki. Ale nie bez powodu rzucałabym w Sandersona nagrodami – jemu się to udało. Czytelnik uczy się allomancji razem z Vin, która mimo, że ma moce to zbyt wiele o nich nie wie. Dlatego razem z nią dowiadujemy się wszystkiego o poszczególnych metalach – najpierw na kilku treningach Kelsiera, później ze spotkań z poszczególnymi członkami drużyny (cała grupa do Mgliści, z których każdy posiada innego rodzaju zdolności). I nie ma mowy o tym, żeby którakolwiek lekcja nas znudziła.

Ale Z mgły zrodzony to nie tylko allomancja. Mogłabym wymienić wszystkie fantastyczne pomysły, którymi autor mnie całkowicie podbił, ale nie chciałabym psuć wam frajdy z czytania. Podam więc tylko dwa: jeden z bohaterów jest przedstawicielem niemal wytępionej rasy istot o niesamowitej zdolności do przechowywania wiedzy – dlatego wie wszystko o niemal każdej religii świata i ilekroć rozmawia z naszymi bohaterami, próbuje ich zachęcić do konwersji na inne wyznanie. Teraz wydaje wam się to średnie, ale w książce wypada niesamowicie. Poza tym są jeszcze Inkwizytorzy, czyli niejako ramię wykonawcze samego Imperatora.

Inkwizytorzy zamiast oczu mają wbite dwa ogromne gwoździe, które wychodzą im z tyłu głowy.

Jeśli TO was jeszcze nie zachęciło do tej serii, to ja już nie wiem co wam pomoże.

Nie zniechęcajcie się statycznym początkiem historii – zapewniam, że warto czekać aż akcja się rozkręci. Ja nie mogłam odłożyć książki od momentu kiedy otrzymaliśmy wgląd w społeczeństwo szlachty – ach, te bale, intrygi, pałacowe plotki i nowi bohaterowie (wierzcie mi, dla prawdę warto czekać na tych nowych bohaterów! Na jednego zwłaszcza). Później wydarzenia zaczynają pędzić jak szalone, a ostatnie 150 stron to już ostra jazda bez trzymanki. Sanderson jest mistrzem plot twistów. Poważnie, w niektórych momentach stosuje wręcz konstrukcję szkatułkową i daje nam plot twist w plot twiście. A wcześniej, przez całą fabułę po wszystkich ścianach rozwiesza strzelby. Bądźcie czujni, bo one wszystkie kiedyś wystrzelą. Jeśli nie w tej części, to w następnej. Bo trzeba zaznaczyć, że nie na wszystkie pytania dostajemy odpowiedź już teraz – po niektóre trzeba się będzie udać do następnych tomów trylogii. Ale nawet jeśli ktoś nie będzie miał na to ochoty (choć szczerze mówiąc nie wierzę, żeby były takie osoby) to Zrodzonego z mgły czyta się doskonale również jako zamkniętą całość, ponieważ ma idealnie obmyśloną konstrukcję i bardzo zgrabnie domyka większość wątków.

Gwarantuję wam, że ta historia wyrwie wam serce i kopnie je w ścianę. Będziecie wrzeszczeć na książkę i życzyć śmierci w męczarniach autorowi (a przynajmniej mam nadzieję, że będziecie – bo jeśli nie, to znaczy, że coś jest ze mną poważnie nie w początku). Czytając, będziecie skakać po pokoju i przebierać nogami. A kiedy w końcu padniecie wyczerpani tym nadmiarem emocji, w głowie pozostanie wam jedynie zapis ostatecznego wrażenia, zamykający się idealnie w pojedynczym słowie internetowego slangu:THIS.


Znalezione obrazy dla zapytania z mgły zrodzony

Z mgły zrodzony

Brandon Sanderson

MAG, 2008

Liczba stron: 624

Podobne posty