Prawa fana, a obowiązki autora, czyli o tym jak J.K. Rowling sztukę wystawić chciała

26 października 2015
 Poniższy tekst jest wynikiem przemyśleń, jakie zaprzątały mi głowę przez kilka ostatnich dni. A wszystkiemu winien jest Harry Potter, a konkretniej  sztuka Harry Potter & The Cursed Child, której premiera zaplanowana jest na połowę przyszłego roku w Londynie.

Jeśli jeszcze nie słyszeliście, to w piątek gruchnęła wieść, że w tym tygodniu rozpocznie się przedsprzedaż biletów na przedstawienie. Oprócz tego rządni szczegółów fani otrzymali w końcu więcej informacji na temat samego spektaklu. Wcześniej dowiedzieliśmy się już, że całość zostanie podzielona na dwie części (oczywiście nikt nie przepuści okazji, aby wycisnąć z fanów jak najwięcej pieniędzy), teraz zaś wyszło na jaw, że The Cursed Child będzie kontynuacją historii, a akcja rozpocznie się w miejscu, w którym pożegnaliśmy się z książkami. Fabuła ma skupiać się na Harrym, nazwanym tutaj „przepracowanym pracownikiem Ministerstwa” oraz jego najmłodszym synu Albusie Severusie, który musi zmierzyć się z dziedzictwem słynnego ojca.

Naturalnie jako oddana od lat wielu fanka HP dokonałam szybkiej inspekcji dna portfela i ze smutkiem skonstatowałam, że przy takich cenach biletów nie ma szans, abym mogła sobie pozwolić na wyjazd do Londynu i coś z tego przedstawienia wynieść. Oczywiście twórcy szybko zadeklarowali chęć uczynienia sztuki jak najbardziej dostępną dla fanów, związku z tym dostępna jest pula tanich biletów, w odpowiednio psich sektorach, z których nic nie widać. Cała reszta widowni jednak w 90% wyceniona jest na niebagatelne 130 funtów za osobę. Co znaczy, że jeśli nie chcemy samotnie wybrać się na spektakl, za dwie osoby musielibyśmy wyłożyć ponad 1500 złotych na same bilety. Ale to taki mój osobisty oburz, bo choć ceny biletów wołają  o pomstę do nieba i nijak nie czynią sztuki „bardziej dostępną” to w gruncie rzeczy chciałam pisać o czymś zupełnie innym.

Bowiem od cen biletów jeszcze bardziej zainteresowała mnie reakcja fanów spoza Wielkiej Brytanii, wśród których pojawiło się wiele głosów oburzonych na J.K. Rowling i pozostałych twórców spektaklu. Według nich autorka postępowała nieuczciwie i krzywdząco, decydując się na wystawienie spektaklu tylko w Londynie  i powinna była pomyśleć, co poczują fani z innych krajów (no dobra – co poczują fani z USA, bo autorzy komentarzy wydają się być niepomni na fakt, że jakikolwiek fandom czegokolwiek może istnieć poza granicami ich cudownego kraju) na wieść, że nie będą go mogli zobaczyć u siebie. Bo przecież bez fanów (tych z USA zwłaszcza) Rowling byłaby nikim i wciąż szkicowałaby postaci ze swoich książek na serwetkach w kawiarni. Wisienką na torcie było jednak podszyte groźbą i przerzucające odpowiedzialność na JKR stwierdzenie, że „powinna ona wymyślić coś, aby wszyscy fani Harrego na świecie byli zadowoleni”.

Tu już mój wewnętrzny cynik nie wytrzymał i pozwolił sobie na radosne zanoszenie się śmiechem na myśl o tym, że komuś wydaje się, że twórca ma wobec niego jakiekolwiek zobowiązania. Ok guys, here is the thing – twórcy są nam winni dokładnie tyle co nic. Nie muszą starać się zadowolić wszystkich. Nie mają wobec fanów absolutnie żadnych obowiązków. Och pardon, może jeden – serwować nam twórczość na najwyższym możliwym poziomie. A po za tym? Nic, nada, gówno. Dlatego bawią mnie niezmiernie płaczliwe komentarze, w których ludzie piszą jak bardzo „niesprawiedliwe” jest to, że The Cursed Child będzie wystawiane jedynie w Londynie i jak bardzo JKR powinna przemyśleć swoje postępowanie. Tymczasem bardziej niesprawiedliwe jest to, że zamiast otrzymywać wsparcie od fanów, Rowling musi słuchać utyskiwań o tym, jak bardzo część z nich wyklucza.
11221272_968094283261333_3550350592898697521_n
W świetle całej działalności JKR na polu rozwijania uniwersum HP, pomysł z wystawieniem dalszej części historii na deskach teatru jest bardzo konsekwentnym krokiem. Już dawno zdążyliśmy się pogodzić z tym, że Rowling Harremu nie odpuści. Świadczy o tym chociażby portal Pottermore i ciągłe wyjawianie kolejnych szczegółów historii, o których wcześniej nie przeczytaliśmy w książkach. Harry był już wszędzie: na papierze, na ekranie, w grach, albumach, audiobookach. Dlaczego nie miałby zawitać również do teatru? Testowanie przez autora kolejnych form przekazywania opowieści nie powinno nikogo dziwić, zwłaszcza w przypadku Rowling.  Po za tym, nie zapominajmy o tym, że to wszystko dla nas. Dla fanów. I nie, nie przemawiają do mnie wypowiedzi zarzucające autorce chciwość i skok na kasę. Ludzie, JKR ma kasy jak lodu. To, że wciąż nie chce rozstawać się ze światem Harrego świadczy tylko o tym, że kocha go tak samo jak my. A jeśli po drodze postanowi rozwinąć go w sposób, który nie dotrze do wszystkich? Cóż, ma do tego wszelkie prawo.

Fakt iż najbardziej rozkrzyczaną internetową grupą są tutaj mieszkańcy USA, pępka popkulturalnego wszechświata, bawi mnie jeszcze bardziej. Nie mam zamiaru uogólniać, ani nikogo obrażać, ale bądźmy poważni – akurat oni mają najmniej powodów do narzekania. Przepraszam bardzo, w którym kraju otwarto The Wizarding World of Harry Potter? Kto jeździ na wakacje do Disneylandu? Kto, do ciężkiej cholery, może obejrzeć wszystkie największe produkcje musicalowe na Broadwayu? Czy ja narzekam na producentów Something Rotten, że nie przyszło im do głowy aby wystawić swoje przedstawienie na deskach warszawskiej Romy? Po za tym, zejdźmy na ziemię – nie miną dwa tygodnie, jak któryś z teatrów wykupi prawa do wystawienia The Cursed Child na Broadwayu. Jest to tak pewne jak to, że na obu kontynentach przedstawienie okaże się spektakularnym sukcesem, a bilety sprzedadzą się szybciej niż na Hamleta z Cumberbatchem. Nieumiejętność amerykańskich fanów do spojrzenia poza czubek własnego nosa (ich komentarze obracały się wokół stwierdzenia „it’s unfair to US fans”, nikomu jednak nie przyszło do głowy, że poza granicami USA także żyją potteromaniacy i oni również mogą poczuć się pokrzywdzeni) nie jest niczym nowym, ale wciąż irytuje tak samo.

Jednak obok wewnętrznego cynika, w mojej głowie żyje również samozwańczy pop-kulturoznawca. I kiedy cynik wywracał oczami i mamlał w ustach nieparlamentarne epitety, czytając kolejne wypowiedzi skrzywdzonych fanów, pop-kulturoznawca zagaił zaczepnie: „Hej Megu, a gdyby spojrzeć na to pod innym kątem? Czy oburzeni nie mają trochę racji?”. I zaczęłam się zastanawiać, czy pretensje potteromaniaków całego świata nie są w choć niewielkim stopniu uzasadnione. Aby to udowodnić trzeba by się trochę logicznie nagimnastykować i uznać, że Harry Potter to fandom nad fandomy.

Ale czy w tym stwierdzeniu nie kryje się trochę prawdy? Nie dysponuję co prawda żadnymi statystykami, które mogłyby to stwierdzenie poprzeć, ale chyba wszyscy możemy się zgodzić, że tylko niewielki odsetek osób Harrego autentycznie nie lubi. Harry wydawał mi się zawsze zjawiskiem powszechnym, przekraczającym granice poszczególnych fandomów – można było być fanem Star Treka, Star Wars,  albo Tolkiena, a jednocześnie zawsze było się też fanem Harrego, bez względu na wiek. Co więcej, ta część z nas, której lata młodość przypadły na kulminację potteromanii większość swojego dzieciństwa/nastolęctwa spędziła na oczekiwaniu na kolejne części serii. Wychowaliśmy się na Harrym Potterze. I owszem, to my uczyniliśmy go międzynarodowym fenomenem (przy odrobinie pomocy świetnie zaplanowanego marketingu). Czy wobec tego nie mamy prawa żądać dostępu do kontynuacji tego zjawiska? Bo przecież nie mówimy tu o zwykłej scenicznej adaptacji, ale o regularnym sequelu, który zdradzi jak potoczyły się dalej losy głównych bohaterów serii. Czy rzeczywiście nie jest to niesprawiedliwe?

No cóż, zabieg myślowy ciekawy, ale to wciąż za mało, aby fani HP mogli domagać się specjalnego traktowania. Propozycje widziałam już różne – udostępnienie scenariusza sztuki w formie książki, nagranie przedstawienia na DVD albo transmisja w rodzaju NT Live. No i naturalnie wystawienie sztuki osobno w każdym kraju, najlepiej w każdym lokalnym domu kultury, co by szanowni fani nie musieli za daleko ruszać czterech liter (w odpowiedzi na mój komentarz, w którym pisałam, że ledwo się obejrzymy, a The Cursed Child pojedzie na Broadway, jedna Amerykanka odpisała mi, że to nic nie zmienia, bo ona nie jest z Nowego Jorku, a przecież nie będzie wydawać pieniędzy na podróż). Niestety wszystkie te propozycje są zupełnie nieopłacalne z punktu widzenia twórców. The Cursed Child jest skazane na bycie teatralnym przebojem wszech czasów i wierzcie mi – miną lata świetlne zanim zobaczymy jakikolwiek oficjalne nagranie z przedstawienia.

Jak to jest, że fani takiego Wicked nigdy nie oskarżali producentów o złą wolę, widząc, że spektakl jeszcze nie dotarł do Polski? Czy wielbiciele Kennetha Branagha powinni wyrzucać mu, że w przyszłym roku będzie wystawiał Szekspira na West Endzie zamiast w Paryżu? Dlaczego nikomu nie przyszło do głowy aby protestem i groźbą domagać się musicalowego Króla Lwa w Krakowie? A w końcu, czy sama nie powinnam żądać ufundowania mi wyjazdu na ComicCon w San Diego, skoro dzieje się na nim tyle rzeczy związanych z rozwojem moim ulubionych fandomów?

Cóż, prawda jest taka, że potteromaniakom trochę się od tego dobrobytu w rzyciach poprzewracało – rozpieszczeni cotygodniową nowinką z potterowego expanded universe, nie mogą znieść myśli, że tylko wybrani będą mogli na własne oczy zobaczyć dalszą część przygód Harrego. To nawet nie jest domaganie się poszanowania woli każdego fana. To zwykła, ludzka zazdrość o to, że komuś się uda, a mnie nie. Czy format teatralny jest wykluczający dla części fanów? Ależ oczywiście, że jest! Sęk w tym, że Rowling nie ma absolutnie żadnego obowiązku twórczego realizowania się w takiej formie, aby zadowolić wszystkich. Bycie fanem jest drogą rozrywką. Za bycie fanem trzeba płacić grube siano. I nie ma co się oburzać na to, że ktoś będzie bardziej uprzywilejowany ze względu na grubość portfela, czy szerokość geograficzną, na której żyje. Bo tak funkcjonuje świat. I choć trudno w to uwierzyć, kiedy ostatnio sprawdzałam, równy dostęp do dzieł popkultury nie był jeszcze jednym z praw człowieka. A z samego tytułu bycia fanem guzik ci się należy. Co najwyżej możesz być wdzięczny za to, że dany twórca stworzył ci możliwość do tego, aby się tak nazywać.

PS. Jeśli jesteś zainteresowani informacjami na temat cen biletów i tego jak wybrać najlepsze miejsca na spektakl, blog Zachodni Koniec opublikował bardzo przydatną notkę na ten temat.
PS 2. Pełna recenzja scenariusza do „Harry Potter and The Cursed Child” jest już dostępna na blogu.

Podobne posty