Proszę nie ciągnąć smoka za wąsy! „Smok jego królewskiej mości” Naomi Novik

10 września 2015
Z racji zbliżającego się Coperniconu i wizyty Naomi Novik na tymże, postanowiłam zapoznać się bliżej z jej twórczością, co by nie wyjść na totalnego głupka i nie być jedyną osobą na konwencie, która nie wie za jakież to zasługi Novik otrzymała zaproszenie.

W naszym kraju autorka powinna liczyć na szczególne zainteresowanie, ponieważ jej rodzina pochodzi z Polski, a sama Novik bardzo często wplata w swoje powieści słowiańskie elementy – widać to zwłaszcza w wydanej u nas niedawnoWybranej (Uprooted), której głównymi bohaterkami są… Agnieszka i Kasia, które mieszkają w… Polnii, sąsiadującej z… Rusiją (cheezy wiem, ale wstrzymam się z głębszymi ocenami do momentu kiedy sama przeczytam książkę). Polskie wtrętki można odnaleźć również w cyklu Temeraire, który rozpoczyna Smok jego królewskiej mości i to właśnie nad nim chciałam się dzisiaj pochylić. Przyznam, że nie natknęłam się wcześniej na tą serię, a winę zwalam tutaj na sztampowe okładki polskiego wydania, które wyglądają jak tysiąc innych identycznych serii fantasy, co w sumie tłumaczy dlaczego nigdy nie podkusiło mnie aby przyjrzeć się jej bliżej w księgarni (jak to często bywa, oryginalne okładki są o wiele ciekawsze). Siadałam do Smoka jego królewskiej mości bez wygórowanych oczekiwań, bo też nie jest to rodzaj historii, po który sięgnęłabym z własnej woli, nie kierowana innymi pobudkami. Ale tak się przyjemnie złożyło, że chwilę wcześniej natrafiłam na wywiad z autorką, która przyznała, że marzy się jej aby główną rolę w filmie na podstawie jej książek zagrał Tom Hiddleston. I z tą myślą jakoś o wiele przyjemniej mi się czytało.

Novik w swoich książkach bawi się europejską historią. Zamiast stworzyć własną fantastyczny rzeczywistość, wprowadziła smoki do naszego świata. Okazuje się bowiem, że smoki żyły na ziemi od zawsze i oswojone przez człowieka, wykorzystywane są przez niego w roli machin bojowych. Akcja powieści toczy się w czasie wojen napoleońskich, a smocze oddziały powietrzne są powszechnie wykorzystywane zarówno przez Francuzów (ci źli), jak i przez Anglików (ci dobrzy). Czytelnik zostaje wprowadzony do świata powieści razem z głównym bohaterem Williamem Lawrencem, kapitanem brytyjskiej floty. Statek Willa w czasie jednej z morskich potyczek przechwytuje ładunek francuskiej fregaty, którym okazuje się być smocze jajo. Smoczy pisklak nie zamierza jednak czekać aż okręt zawinie do portu i wykluwa się na pełnym morzu, gdzie, jak się okazuje, należy natychmiast rozpocząć proces oswajania gada, tak aby w przyszłości mógł zostać w wcielony do powietrznych oddziałów korony. A ponieważ smoki słuchają tylko i wyłącznie jednej osoby – swojego kapitana – ktoś z załogi statku musi poświęcić swoje dotychczasowe życie i morskie wojaże zamienić na smoczy grzbiet. Oczywiście pada na Lawrenca.

Setting wojen napoleońskich sugerowałby, że dostaniemy do rąk historię pełną spektakularnych bitew, potyczek i eksplozji. No cóż, sugestie te są błędne. Wyraźnie widać tutaj, że Smok jego królewskiej mości ma pełnić głównie funkcję wprowadzającą do całego cyklu i w ogóle świata przedstawionego (zwłaszcza, że – jak się dowiadujemy z wywiadów – przed rozpoczęciem publikacji wydawca poprosił autorkę o skończenie pierwszych trzech tomów, widać więc, że nigdy nie miała to być sztucznie rozdmuchana seria) . Prawdziwej akcji jest tu niewiele, ale o ile nie nastawimy się na jakąś ogromną ilość dynamizmu i scen walki, książka nie powinna nas rozczarować. Ponieważ cała reszta prezentuje się całkiem zgrabnie, zwłaszcza jeśli chodzi o warstwę językową – Novik bardzo ładnie oddała typową dla dziewiętnastowiecznych dżentelmenów elegancję i koronkowość wypowiedzi (które równie dobrze wypadły w polskim tłumaczeniu, za co również zależy się plus). To co mnie jednak w Smoku… okropnie raziło, to niesamowity pęd, z jakim fabuła przeskakuje z jednej sceny w drugą. Coś podobnego czułam ostatnio czytając Śmierć w Breslau Krajewskiego, a jest to książka, której właśnie ze względu na takie skakanie po łebkach nie byłam w stanie skończyć. W pewnych momentach aż by się chciało samemu dopisać kilka zdań do narracji albo wzbogacić scenę o kilka dodatkowych przemyśleń bohatera, ponieważ poszczególne zdarzenia przerywane są niekiedy oszczędnym – „opuściłem pokój i wyszedłem na zewnątrz”, po czym od razu rozpoczyna się następny dialog. Cierpi na tym nie tylko tempo, ale również rozwój postaci drugiego planu – poza Rankinem, któremu poświęcono więcej miejsca ze względu na niedopuszczalny sposób, w jaki traktuje swojego smoka, o żadnym innym bohaterze nie dowiadujemy się zbyt wiele.

A przecież to nie tak, że postaci w książce jest mało, ponieważ po tym jak Lawrence „przysposabia” sobie smoka i nadaje mu imię Temeraire (i właśnie to imię miało być pierwotnie tytułem książki, jak to zrobiono w Wielkiej Brytanii, jednak w ostatniej chwili amerykański wydawca zmienił zdanie, stąd też i tytuł polski) trafia do obozu szkoleniowego w Szkocji, gdzie spotyka innych jeźdźców i inne smoki. A wśród nich, za co należy autorkę pochwalić, znajdą się również kobiety. Wydawałoby się, że umieszczenie akcji w czasach, co by nie mówić, odległych nam mentalnie i to na dodatek gdzie głównym tematem jest wojna, pozbawi autorkę okazji do wprowadzenia ciekawszych kobiecych bohaterek. Novik wybrnęła z tego zręcznie, wprowadzając takie rasy smoków, które pilotować mogą jedynie panie; choć nie jest to powszechna wiedza, co by konserwatywnych dżentelmenów w rządzie nie drażnić. Z resztą, sam Lawrence również wydaje się być zażenowany takim rozwojem wypadków (co widać w jego rozkminach wewnętrznych o tym, jak niby on biedak ma się zwracać do Catherine Harcourt, skoro to jednocześnie i smoczy kapitan i niewiasta, no jak!). W ogóle to w książce pojawia się wiele scen, w których przyzwyczajenia głównego bohatera konfrontowane są z niecodziennymi zwyczajami ośrodka treningowego – Lawrence jako pełen ogłady angielski dżentelmen ma z początku wiele problemów z odnalezieniem się w nowej jednostce, gdzie dobre maniery i wychowanie niekoniecznie odgrywają najważniejszą rolę.

Nie zapominajmy jednak o smokach, bo to one są tutaj najważniejsze. Przyznam, że z pewną rezerwą podchodzę zawsze do prób wynoszenia smoków ponad zwykłe zwierzęta i obdarzania ich inteligencją, bo trochę za bardzo trąci mi to Disneyem i bajkami dla dzieci. I pewnie właśnie dlatego Smok jego królewskiej mości skończył u mnie na półce dla książek dobrych – formalnie akceptowalnych, ale wciąż nie genialnych. Nie inaczej jest też i tutaj. Inteligentne smoki zawsze nastręczają mi mnóstwo wątpliwości natury psychologicznej i nasuwają pytania, które przy baśniach się zwykle ignoruje, ale w historiach dla dorosłych nie sposób ich nie zadać – jeśli myślą to dlaczego służą ludziom? Czy nie powinny być na tym samym poziomie co my? Inteligencja smoków zależy od ich rasy, czy to znaczy, że powinniśmy jedne smoki traktować bardziej po ludzku a inne mniej? Czy smoki mają prawo głosu? Czy CHCĄ mieć prawo głosu? Czy nie wolałyby założyć własnego państwa? I tak dalej i tak dalej.

Idźmy z moimi wątpliwościami dalej i skupmy się na koniec na relacji Lawrence’a w Temerairem. Tutaj wyraźnie zaznaczono kilka etapów – z początku główny bohater traktuje swojego smoka jak dziecko, ponieważ gadzik dopiero uczy się świata i swoich umiejętności. Z czasem ich stosunki nabierają cech przyjacielskich, a smok zaczyna wyrażać swoje własne zdanie i komunikuje potrzeby, czasami się też z Lawrencem nie zgadza i potrafi ładnie uargumentować swoje zdanie. Wciąż jednak wykazuje dziecięcą naiwność i wiele rzeczy trzeba mu tłumaczyć, co niekiedy prowadzi na całkiem zabawnych scen, na przykład kiedy Lawrence próbuje uzmysłowić smokowi niestosowność chodzenia na prostytutki , a ten wykazuje więcej zrozumienia dla seksualnych potrzeb żołnierzy niż moralnych nakazów. A skoro już o seksualności wspominam… cóż, nie sposób nie zauważyć, relacja Lawrence’a i Temeraire jest niepokojąco homoerotyczna. Zresztą cholera wie, czy homo jest tutaj odpowiednim słowem, skoro mówimy o człowieku i de facto zwierzęciu (widzicie już mój problem z wprowadzeniem inteligentnych smoków?!). Ich stosunki bardzo szybko przechodzą z relacji ojciec-dziecko, przez mistrz-nauczyciel aż do przyjaciel- przyjaciel. I jest to bardzo bliska przyjaźń – śpią razem, tulą się jak im smutno i świata poza sobą nie widzą. Jeszcze jestem w stanie zrozumieć takie zachowanie ze strony smoka, któremu w końcu wypada okazywać wręcz psią wierność. W przypadku Lawrenca jednak, tego rodzaju przywiązanie mnie zastanawia – zwłaszcza jego intensywność i tempo w jakim się pogłębia. A kwintesencją moich wszystkich wątpliwości jest scena, w której Lawrence orientuje się, że Temeraire już dojrzał płciowo, bo jak go ciągnie za smocze wąsy, to ten mruczy i prosi o jeszcze (daaa faaaak?). To. Jest. Dziwne. Na FB podpowiedziano mi, że Novik znana jest też z pisania całkiem porządnych fanficków, więc znając tendencję fanfickowców do rozmaitych erotycznych kombinacji, nie powinno mnie to dziwić. Still… weird.

Wciąż nie odrzucam możliwości, że skuszę się na kolejne części. Przymykając oko na ludzko-smocze stosunki (hihi) nadal uważam, że ta historia ma spory potencjał, a następne siedem części cyklu sugeruje, że coś jeszcze musi się tam dziać. Mam tylko nadzieję, że są to bitwy, spiski i romanse (proszę?) a nie więcej ciągnięcia za smocze wąsy. Z resztą – może ktoś czytał dalej? Warto dać serii drugą szansę?

*autorem ilustracji jest Todd Lockwood
 
Smok jego królewskiej mości
Naomi Novik
Rebis, 2007
Liczba stron: 352

Podobne posty